sobota, 23 marca 2013

Klimat do kwadratu


Wywiad, jaki ukazał się w najnowszym numerze Practical Photoshop Polska. Dwumiesięcznik do nabycia w dobrych punktach prasowych :)


Rafał Gasiński: Kobieta na szczudłach podnosząca hipopotama, lekko unoszonego przez mały balonik... Dla mnie w tym kadrze zawiera się chyba kwintesencja tego, co pokazujesz w swoich pracach...


Dariusz Klimczak: Zapomniałeś dodać, że jeszcze koniecznie praca musi być czarno-biała :) No tak, w sumie jest tu kilka charakterystycznych dla mnie elementów. Chociaż staram się nie ograniczać, ciągle poszukuję nowych motywów. Mam romans z surrealizmem, tego nie da się ukryć. Trwa to już parę lat i nie zanosi się na to, żebym w najbliższym czasie zmienił kochankę.

- Zastanawiam się, czy jakikolwiek z Twoich kadrów da się jednoznacznie zinterpretować? Czy tworzysz któryś z nich mając w głowie konkretne przesłanie, czy jest z nimi tak, jak z wyobraźnią - czyli "wszystko jest możliwe"?


- Niektóre pewnie tak, ale najczęściej staram się, żeby opowiadane przeze mnie historie były wieloznaczne, miały podwójne albo nawet potrójne dno. Oczywistość potrzebna jest w zdjęciach reklamowych. Czasami mówię, że daję odbiorcy początek bajki, którą może sobie dalej dopowiedzieć. Ile „wyciśnie” z tej historyjki, zależy w dużej mierze od jego wyobraźni, erudycji, poczucia humoru i wielu innych czynników, na które nie mam wpływu. Jasne, że zawsze jest jakaś myśl przewodnia, która mną kierowała w procesie powstawania pracy, ale staram się nie narzucać nikomu interpretacji. Nawet nie lubię tytułować prac, żeby niczego nie sugerować. Wolę, żeby każdy pobawił się sam. To może być zabawne, a zdarza się, że oglądający widzi w mojej pracy rzeczy, których się tam zupełnie nie spodziewałem.

- Skąd w ogóle zainteresowanie fotomanipulacją? Zaczynałeś chyba od fotografii i w Twoim portfolio nie brakuje tradycyjnych zdjęć. Rzeczywistość w pewnym momencie po prostu nie nadąża za wyobraźnią?


- To bardziej skomplikowane. Zaczynałem od malarstwa, ale malarzem byłem średnim. Brakowało mi warsztatu, cierpliwości, a przede wszystkim pomysłu na twórczość. Równocześnie robiłem zdjęcia. Miałem szczęście spotkać na swojej drodze kilku pasjonatów fotografii. Zawsze lubiłem eksperymentować, łamać reguły, sprawdzać nowe możliwości. Wydaje mi się, że fotomanipulacja jest naturalną konsekwencją tych poszukiwań. „Normalne” zdjęcia w którymś momencie zaczęły mnie nudzić. No bo ileż można zrobić portretów, pejzaży czy zdjęć dzieci? Aparaty są teraz nawet w komórkach, niedługo będą miały takie matryce, że nawet przysłowiowa pani Halinka z Łomianek - przy odrobinie szczęścia - zrobi bardzo dobre zdjęcie na zakładowej wycieczce w górach. Nie mam oczywiście nic do Łomianek, a Halina to piękne imię, chodzi mi bardziej o pokazanie możliwości.

- A skąd czerpiesz inspiracje do tworzenia tych magicznych kadrów? Wyobraźnia to jedno, ale i ją trzeba podlewać i pielęgnować...


- Wiesz, teraz jest tak, że nawet jak robię zdjęcie ciekawego pejzażu, od razu kombinuję, co by tu w niego wkleić :) To już się stało prawdziwą obsesją! A z inspiracjami jest różnie. Czasami wystarczy jakiś fragment architektury, który od razu podsuwa mi pomysł. Innym razem jest to jakaś powtarzalność rytmu, na przykład piasku nad morzem. Ze szczudlarzami było tak, że w którymś momencie – przeglądając zdjęcia z plenerowego przedstawienia grupy Teatr Snów – pomyślałem: kurcze, a jak by tak ich wyrwać z kontekstu i osadzić w zupełnie nowych realiach? Gdzieś na pustyni albo dachu budynku... To od razu stworzyło surrealną sytuację. W ten sposób powstał cały cykl, w sumie kilkudziesięciu prac, które bardzo lubię.
Często się zdarza, że pierwotna koncepcja ewoluuje w trakcie pracy. Nie trzymam się ściśle pomysłu, który miałem w głowie, bo nigdy nie uda się przenieść niematerialnej myśli na materię. Kiedyś ta świadomość bardzo mi przeszkadzała, odbierała radość nawet z dobrze wykonanej roboty. Z czasem nauczyłem się, że będę obrabiał zdjęcie do momentu, w którym uznam, że kolejny krok może je tylko zepsuć.

- Jeden z użytkowników popularnego portalu napisał pod Twoim portfolio, że można mieć koncept, ale bez warsztatu nikt się nie dowie, jaki był. Podobnie jest z warsztatem bez konceptu, bo efekt to tylko matematyka. Tobie jednak nie brakuje ani jednego, ani drugiego. Trudno było skutecznie połączyć dwie połówki?


- No cóż, mogę jedynie podziękować. W pracy twórczej istotne są wszystkie elementy. Mówi się, że podstawa sukcesu to talent i praca, ale w proporcjach 1 do 9. Znam kilku utalentowanych twórców, którzy marnują swoje szanse przez to, że są leniwi. Nie liczę na wenę ani natchnienie, bo one mogą przyjść za późno albo nigdy. Wierzę w systematyczną pracę, niezależnie od tego, czy mam akurat pomysł, czy nie. Jak brakuje mi koncepcji, przygotowuję sobie elementy do wklejek, żeby cały czas mieć styczność z narzędziem. Kiedyś obiecałem sobie, że będę robił jedno zdjęcie dziennie, niezależnie od okoliczności, i tego się trzymam. Systematyczna praca z wyobraźnią powoduje, że z czasem nie trzeba jej jakoś specjalnie uruchamiać, ona po prostu tylko czeka w pogotowiu na odpowiednią pożywkę.

- Mówiąc o warsztacie - jak przygotowujesz się do tworzenia swoich fotomanipulacji?


- Zaczynam najczęściej od pejzażu. Mam tysiące zdjęć „widoczków”, w których szukam inspiracji. Czasem wystarczy jakiś wzór na piasku, układ linii czy wyjątkowa gra świateł, żeby podsunąć mi pomysł. Bazuję tylko na swoich zdjęciach, nie znoszę „stocków”, bo to pójście na łatwiznę. Nie musisz nawet mieć aparatu, wystarczy że klikniesz myszką i ściągniesz coś z netu. To niepoważne. Zabieram ze sobą aparat praktycznie zawsze, bo nigdy nie wiadomo, na co się trafi. Kiedy na przykład nie mogę znaleźć ciekawego motywu podczas spaceru, fotografuję chmury. Mam ich w bazie chyba ponad tysiąc.
Na początku pracy zwracam szczególną uwagę na światło. To jest podstawa. Czy jest ostre, czy rozproszone, czy słońce świeci nisko, czy stoi w zenicie. Cały czas o tym pamiętam, kiedy szukam elementów do wklejenia. To podstawowy błąd osób zaczynających zajmować się fotomontażami. Często spotykam się z tym, że pierwszy plan oświetlony jest z lewej, a chmury w tle z prawej. Nazywam takie montaże krainą dwóch słońc :) Nie chodzi o to, żeby montaż polegał na zlepku przypadkowych elementów (wiele takich widziałem), ale oferował nowe widzenie świata albo też kreował zupełnie nową rzeczywistość, opartą na zasadach klasycznej fotografii. Rzecz też w tym, żeby wypracować rozpoznawalny styl, oparty na powtarzalnej jakości i pewnej jednorodności, takim wizualnym ISO.
Dobrze jest, kiedy zgadzają się proporcje, cienie wyglądają na naturalne, a całość sprawia wrażenie zastanej sytuacji. Dla mnie idealnym potwierdzeniem tego, że zrobiłem dobry montaż jest sytuacja, kiedy ktoś uzna go za fotografię. Zdarzyło mi się kiedyś, że – chyba na rosyjskim portalu – jedna z moich prac ze szczudlarzem na tle budynku została dodana do kategorii street photo.

- Docieramy więc w procesie do Photoshopa. Na czym głównie się w nim opierasz?


- Przez lata pracy każdy wypracowuje własne sztuczki i tricki. To narzędzie o tak ogromnych możliwościach, że praktycznie jest nie do ogarnięcia. Nie znam nikogo, kto mógłby z ręką na sercu powiedzieć: poznałem Photoshopa od deski do deski. Z drugiej strony, nie mitologizowałbym go też. Wspominałeś o tym wcześniej – poznanie techniki jest ważne, każdy rzemieślnik musi dobrze znać narzędzie, żeby móc nim sprawnie operować. Narzędzie nie może cię jednak ograniczać, bo wtedy praca nie będzie dla ciebie przyjemnością, a męką. W moim przypadku są to lata eksperymentów, zabawy, sprawdzania różnych rozwiązań, łączenia ze sobą technik i efektów. Niezwykle przydatne w mojej pracy, szczególnie przy wycinaniu jakiegoś elementu, jest szybkie zaznaczanie. Dodano je chyba w „piątce”. Często korzystam z operacji „wyrównaj”, która bardzo zwiększa zakres tonalny. Zawsze też sprawdzam auto-tony, -kontrast, -kolor. Oko oszukuje, aparaty też potrafią przekłamywać, warto się przekonać, jak wyglądają naturalne wartości.
Dużo pracuję na wielkich powiększeniach. Jak chcę coś precyzyjnie wyciąć, robię to ręcznie, korzystając z lassa. Lubię też minimalne rozmycie gaussowskie, czy to chmur, czy np. postaci wklejonej na drugim planie. Generalnie nie używam jakichś specjalnych sztuczek, korzystam z tego, co Photoshop oferuje, a oferuje bardzo dużo. Zdarza się, że domalowuję miękkim pędzelkiem cienie, ściemniam świecące krawędzie, deformuję, wszystko w zależności od tego, czego wymaga dana praca.

- Pracujesz na najnowszym CS6, czy wystarcza Ci to, co oferuje jedna ze starszych wersji? Jak oceniasz coraz większe możliwości, które daje twórcom Ps?


- Pracuję na piątce, 64-bitowej. To w zupełności wystarcza do moich potrzeb, choć planuję niedługo zakup CS6. To oczywiste, że każda nowa wersja jest poprawiona, dopieszczona i oferuje nowe możliwości. Kiedy przesiadłem się na CS5 zauważyłem, że narzędzia są bardziej precyzyjne i intuicyjne w porównaniu do poprzedniej wersji. Wcześniej, kiedy ściemniałem półcienie, ciemniały też odrobinę i światła, i cienie. Teraz jest pełna selektywność. To bardzo ułatwia pracę.

- No właśnie - jak to jest z tym Photoshopem: zło konieczne czy nieoceniona pomoc?


- Robię zdjęcia od ponad trzydziestu lat. Zaczynałem od fotografii analogowej. Wtedy nikomu nie mieściło się w głowie, że kiedyś powstaną aparaty cyfrowe czy programy komputerowe do obróbki zdjęć. Robiłem też fotomontaże pod powiększalnikiem, mam więc porównanie. Godzinami siedziało się w ciemni, maskowało, kombinowało, żeby osiągnąć pożądany efekt, ale rzadko wychodziło tak, jak by się chciało. Mówi się, że Photoshop to współczesna cyfrowa ciemnia, i w pełni się z tym zgadzam. Jest bardziej precyzyjny, daje o wiele większe możliwości, a przede wszystkim nie trzeba wdychać zapachu odczynników :)

- W Ps-ie może się bawić w tej chwili dosłownie każdy, wysyp zdjęć w instagramowym stylu to jedno, ale fotomontaży - zwłaszcza surrealistycznych - w internecie też pojawia się od dawna coraz więcej. Zauważalny jest przy okazji trend, że już po pierwszych próbach część kreuje na fotografów przez duże F, lub ogólniej na twórców przez duże T. Nie pogubimy się niedługo w tym wszystkim?


- Trendy mają to do siebie, że przemijają. Liczę na to, że czas zweryfikuje te poczynania i odsieje ziarno od plew. Nie odbieram nikomu prawa do tworzenia, ostatecznie lepsze to od przesiadywania na ławce z piwem czy wychodzenia z bejsbolem na ulicę. Bardziej natomiast irytuje mnie wysyp przeróżnej maści naśladowców. Swoją naiwną szczerością rozbroił mnie pewien młody koleś z Bliskiego Wschodu, który jakiś czas temu zaczął robić montaże. Kiedy spytałem go, dlaczego powiela moją pracę – nie tylko motyw, ale i technikę – odpowiedział, że taki styl mu się podoba.

- Czyje prace więc poleciłbyś i jakich twórców krążących po podobnej do Twojej orbicie cenisz?


- To niezręczna sytuacja, bo jak kogoś nie wymienię, poczuje się urażony. Wobec tego proponuję taką wersję: cenię twórców podchodzących do swojej pracy z pietyzmem i zaangażowaniem. Takich, którzy idą własną drogą, nie oglądając się na innych, dbają o najmniejsze szczegóły swoich prac, są konsekwentni i oryginalni. Generalnie nie mam wzorów ani autorytetów, staram się nikogo nie naśladować, tylko robić swoje.

- Kończąc nasze rozmowy zawsze prosimy o kilka dobrych rad dla czytelników...


- Odpowiem tak: w poprzednim wcieleniu byłem chyba protestantem, bo wierzę w pracę :) Żeby osiągnąć jakieś efekty, trzeba spędzić przed monitorem tysiące godzin. Innego wyjścia nie ma. Zapomnieć o swoich fascynacjach i idolach, starać się wypracować własny język wizualny i co za tym idzie – własny styl. Nie bać się eksperymentować, poszukiwać ciągle nowych środków wyrazu, nowych motywów i technik. No i konfrontować swoją pracę z innymi, czyli pokazywać się w necie i na wystawach. To też wiele może nauczyć.

- Dziękuję za rozmowę :)


* * *
Muzycznie zaproponuję płytę zespołu, który ostatnio dość często umila mi pracę. Rock progresywny z elementami innych stylów, dojrzały i obiecujący debiut.

Haken - Visions (2011)

Visions

wtorek, 29 stycznia 2013

Czarno to widzę


Jak to się dzieje, że już przy pierwszych dźwiękach głosu wiemy, że nie śpiewa biały? Co zawsze stanowiło o fenomenie czarnych wykonawców soulowych, bluesowych i jazzowych? Wydaje się, że nie tylko ich umiejętności techniczne (niekiedy naprawdę ogromne), ale raczej umiejętność przekazania emocji, charakterystyczne łamanie frazy i niepowtarzalny feeling. Te elementy trudno odnaleźć w najnowszych produkcjach muzycznych zza oceanu. Teraz dominuje rytm. Jednak nie motoryczny rytm funka, żywy i biologiczny, przy którym noga sama zaczyna tupać, ale toporny komputerowy beat, często zabijający wszystko, co dzieje się w warstwie tekstowej i melodycznej. Melorecytacje raperów, choćby nie wiem jak były ekwilibrystyczne, nie podparte naturalnym pulsem basu i „żywych” bębnów, po kilku kawałkach zaczynają nużyć, albo – co gorsza – denerwować. Nie bez kozery najpopularniejsi przedstawiciele nowej czarnej muzyki (Dr Dre, Snoop Dogg, Public Enemy, Ice T, Ice Cube) bazują na żywiołowych rytmach rodem z soulu i funka, wielokrotnie wykorzystując sample z dawnych analogów, rymując na tle pulsującego basu i melodyjnych zagrywek gitar z lat 70.

Wielka popularność rapu, hip-hopu, RnB i innych czarnych gatunków muzycznych nie świadczy wcale o wysypie wielkich osobowości, ale przesadnie nakręcanej modzie. Show biznes, dostrzegając zapotrzebowanie na tego typu produkcje, zaangażował wielkie środki, żeby wycisnąć z naiwnych słuchaczy, ile tylko się da. Na razie się udaje, ale jak długo to potrwa? Kiedy odbiorcy zorientują się, że zostali nabici w butelkę przez speców od marketingu?
Czy technologia zabiła ducha czarnej muzyki? W pewnym sensie tak. Rozwój elektroniki, wszechobecne komputery, nowoczesne studia nagraniowe – to wszystko wzięte do kupy powoduje, że współczesny „artysta” nie musi nawet umieć śpiewać (o graniu nie mówiąc). Niestety, zapomina się, że dopiero koncert pokazuje, na co naprawdę stać wykonawcę. Wystarczy posłuchać raperów na żywo, żeby z niesmakiem (i czystym sumieniem) wyjść z sali i puścić w domu płytę Anity Baker.

Ciekawe, ile współczesnych albumów z czarną muzyką wytrzyma próbę czasu? Osobną sprawą jest wpływ teledysków na popularność danego utworu czy wykonawcy. Gdyby nie profesjonalne klipy, na które niejednokrotnie wydaje się miliony dolarów, wiele współczesnych „gwiazd” w ogóle nie miałoby szans zaświecić. Jeszcze rok-dwa, a kobiety o grubych udach i wypiętych tyłkach będą podrygiwać nago (a może nawet kopulować) w rytmie new rapu. Jednak czy wśród najnowszych idoli będą gwiazdy na miarę Elli Fitzgerald, Arethy Franklin, Jamesa Browna czy Stevie Wondera?

Michał Urbaniak, światowej sławy polski jazzman, kilka lat temu prorokował, że rap to przyszłość muzyki rozrywkowej, nie tylko czarnej. W pewnym sensie miał rację, wystarczy przyjrzeć się, jak wielki wpływ amerykańscy raperzy wywarli na muzyków na całym świecie. Rymują Niemcy, Japończycy i Meksykanie, kto wie, czy nie robią tego Eskimosi? Wieszczenie Urbaniaka, który sam „popełnił” kilka albumów bazujących na rapie, potwierdza w pewnym sensie hip-hopowy boom w Polsce. Takiego wysypu nowych wykonawców jednego gatunku nie było w naszym kraju od dobrych dwudziestu lat – od czasu rockowej rewolucji. Czy aby na pewno jest to muzyczny rozwój? Który z polskich raperów będzie słuchany z sentymentem za 20 lat? Liroy? Wolne żarty...

------------------------------------------------------------------------
Taki tekścik popełniłem, bawiąc się kilka lat temu w niezależnego dziennikarza. O dziwo, chyba nie stracił na aktualności...

Życie samo napisało post scriptum. Paradoksalnie, teraz biali muzycy zaczynają sięgać do korzeni czarnej muzyki i czerpać z nich garściami, czego najlepszym przykładem jest ten oto młodzieniec. Warte podkreślenia jest to, że zagrał na wszystkich instrumentach i zaśpiewał wszystkie partie wokalne.

Remy Shand - The Way I Feel (2002)
Remy Shand

czwartek, 17 stycznia 2013

Dziwna kraina


Tytuł posta świetnie ilustruje to, co od dłuższego czasu dzieje się w Polsce, ale obiecałem sobie, że nie będę pisał o polityce. Napiszę za to o polskich krajobrazach, które wciąż są dla mnie źródłem inspiracji. Mieszkam w rejonie bardzo zróżnicowanym: naokoło jest mnóstwo lasów, jeziora, do morza niedaleko, a pola zawsze urzekały mnie swoją przestrzenią. Na dobrą sprawę większość moich prac to zmodyfikowane pejzaże, z dodanym elementem bajkowym lub surrealistycznym. Już nie pamiętam, w którym momencie zacząłem kreować te dziwne światy. Wsiąkłem w nie, zatraciłem się do tego stopnia, że teraz nie potrafię sfotografować zwykłego widoczku, żeby od razu nie kombinować, co na niego wkleić.

Możliwości są nieograniczone, jedynymi barierami są moja wyobraźnia i baza zdjęciowa. Mam na przykład obszerne katalogi ze zwierzętami, zarówno domowymi, jak i dzikimi. Poszerzyłem bazę o egzotyczne okazy, kiedy wybraliśmy się całą rodziną do zoo. Stąd m.in. hipopotamy, które tyle radości dostarczają nie tylko Ninie, ale i dorosłym, kiedy je oglądają. Miałem okazję dyskretnie poobserwować reakcje widzów na niedawnej wystawie w Słupskim Ośrodku Kultury. Cieszy mnie to, że oglądający wgłębiali się w obrazki, nie traktowali ich jak powierzchownych widoczków bez podwójnego dna, ale pożywkę dla własnych zabaw ze skojarzeniami i symbolami. Wiem z indywidualnych rozmów, że smakowali je, dozowali sobie, żeby mieć większą uciechę i nie odczuć przemęczenia natłokiem obrazów.

Dotkliwie doskwiera mi ostatnio brak światła, który uniemożliwia zrobienie nowych zdjęć. Częściowo byłem na to przygotowany - od wiosny do jesieni nie przepuściłem żadnej okazji, żeby wybrać się z aparatem w plener. Tym sposobem mam na dysku tysiące widoczków, przeróżnych chmur (jak nie znajduję ciekawego motywu, fotografuję niebo), przedmiotów, drzew.

Niektórzy zarzucają mi, że tworzę za dużo. Że czasami odczuwają przesyt, że niektóre motywy się powtarzają, że sam się powtarzam. Nie zamierzam się bronić, po prostu nie potrafię się zatrzymać. Kreowanie tych dziwnych krain stało się moją prywatną obsesją, od której nie mogę i nie chcę się uwalniać. Póki co sprawia mi to niebywałą frajdę, a i pieniądze zaczynam zarabiać coraz lepsze. Pojawiają się ciekawe propozycje współpracy i wystaw w renomowanych miejscach. Wiem, że w dużej mierze przyczyniły się do tego mój upór i konsekwencja. Niewielu twórców jest w tej komfortowej sytuacji, że może całkowicie poświęcić się swojej pracy, nie czekając na zlecenia z zewnątrz. Dla mnie to wielki komfort. Polacy chyba byliby spokojniejsi, gdyby spróbowali robić to, co lubią.
Dobra, miało nie być o polityce...

Dziwna kraina to po angielsku Oddland. Jesienią zeszłego roku odkryłem zespół o tej nazwie. Istnieje od 10 lat, ale dopiero teraz wydał debiutancki krążek zatytułowany "The Treachery of Senses". Nie będę się rozpisywał, powiem tylko tyle, że dla mnie to jedna z lepszych rockowych płyt zeszłego roku. Szczerze polecam.

Oddland

środa, 5 grudnia 2012

Bez twarzy


Zbliża się koniec roku, chyba czas na podsumowania. Dla mnie był to rok zdecydowanie "wystawowy". Moje prace krążyły po Polsce, w sumie odbyło się sześć wystaw indywidualnych i trzy zbiorowe, w tym jedna zagraniczna. Dostałem dwie nagrody starosty słupskiego, zaliczyłem kilkanaście publikacji, w większości poza granicami Polski. Nie powinienem i nie mogę narzekać.

Za namową Mellera, który niedawno mnie odwiedził, przyjeżdżając z deszczowej Irlandii, wróciłem po dłuższej przerwie na plfoto, największy polski portal fotograficzny. Nie powiem, z sukcesem. Byłem polecanym autorem, chyba nawet dwukrotnie, miałem zdjęcie dnia, większość moich prac ląduje w topie.
Na zagranicznych portalach też nieźle sobie radzę. Chyba udało mi się w końcu wypracować wizualne esperanto, które trafia i przemawia do wielu osób, niezależnie od tego, w jakim rejonie Ziemi mieszkają.

Dostaję maile i prywatne wiadomości na Facebooku od ludzi z całego świata. Najbardziej rozczuliła mnie kobitka z Nowego Jorku, która tak zatraciła się podczas oglądania moich prac, że zapomniała iść do pracy.
Co do Facebooka, w ciągu półtora roku dorobiłem się prawie 4 tysięcy znajomych, głównie fanów moich montaży. Wiem, że to złudne, bo większości z nich nie znam, ale traktuję to jako formę promocji, która - muszę przyznać - przynosi namacalne efekty. Jutro, właśnie dzięki kontaktowi z FB, wysyłam dwa duże printy do Los Angeles.

Ze Stanów, a dokładnie z Encino w Teksasie, pochodzi zespół, którego płyta jest dla mnie najprzyjemniejszym tegorocznym zaskoczeniem. Chodzi o krążek "Autotheism" The Faceless. Jestem fanem dwóch poprzednich albumów tej grupy. Na nowe wydawnictwo musiałem czekać aż cztery lata. Byłem pełen obaw, bo ostatnio większość metalowych kapel zdecydowanie obniża loty. Albo odcinają kupony od popularności, wydając płyty podobne do swoich poprzedniczek, albo nie radzą sobie kompozycyjnie i koncepcyjnie, co kończy się tym, że nowych albumów zwyczajnie nie da się słuchać bez zażenowania.

Liderem i spiritus movens The Faceless jest Michael Keane, gitarzysta, kompozytor i producent, który przyczynił się też do popularności m.in. kapeli Veil of Maya. Nagrał z zespołem krążek kompletny. Dla kogoś, kto - podobnie jak ja, wychowany jest na ciężkim rockowym graniu - to sam miód, rarytas dla uszu.
Płyta zaczyna się bardzo zwodniczo kilkoma akordami fortepianu, które przechodzą płynnie w zagrywkę kwartetu smyczkowego, potem zaczyna się jazda. To koncept album, sama esencja metalu. Jest tu wszystko: wszystkie możliwe rodzaje darcia papy, instrumentalna wirtuozeria, elementy pastiszu, megaciężkie riffy, kapitalne partię bębnów. Keane'owi udało się na tym albumie podsumować całą historię metalu, od lat 70-tych do współczesności. Dla mnie to płyta roku, a może nawet kilku najbliższych lat. Absolutna rewelacja. Polecam, nie tylko miłośnikom łomotu.


The Faceless - "Autotheism" 2012
here

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Skrzydła


Byłem święcie przekonany, że Lisa Gerrard i Brendan Perry nigdy już niczego razem nie nagrają. Tymczasem - 16 lat po ostatnim wspólnym albumie studyjnym - weszli ponownie do studia. Dead Can Dance to firma gwarantująca jakość, nastrój, patos, a przede wszystkim piękno. Można się było spodziewać tylko najlepszego, ale cień obawy towarzyszył mi od pierwszych dźwięków. Znam solowe dokonania ich obojga, dlatego ciekaw byłem, w którym kierunku ten nowy krążek pójdzie. Czy zdominują go egzaltowane pienia Lisy, czy też zwycięży prostota i klimat Brendana?

Płyta pojawiła się w necie parę tygodni przed oficjalną premierą. Nic w tym dziwnego, sam zespół zachęcał do jej ściągania z oficjalnej strony DCD. Już po pierwszym przesłuchaniu wszystko stało się jasne. Zwyciężyła prostota (i bardzo dobrze). Słychać próby nawiązywania do starszych nagrań, są naleciałości etniczne, a produkcja jest tak selektywna, jak dawniej. Dla przeciwników takiego grania to odgrzewane kotlety, ale jak ktoś ma sentyment i lubi pofruwać przy podobnych dźwiękach, lepszych skrzydeł póki co nie znajdzie. Utworów jest tylko 8, wszystkie zdecydowanie powyżej radiowego standardu długości, tworzą w sumie prawie godzinną, spójną całość.

Od lat bardzo lubię Dead Can Dance. Zawiedziony nie jestem, ale też nie powiem, żebym posikał się z radości. Zdarzają się na tym krążku piękne momenty, mogące powodować ciarki na plecach, choć czuć trochę, że ta formuła jest zdeczka wyeksploatowana i jeśli zespół nie postara się przy pracy nad kolejnym wydawnictwem poszukać nowych środków wyrazu, fani się od niego odwrócą.



DCD - Anastasis [2012]

piątek, 22 czerwca 2012

Gojira


Pamiętam, że jako młody chłopak przeżywałem niesamowitą ekscytację, wybierając się na hit "Godzilla kontra Gigant". Stałem w długiej kolejce przed nieistniejącym już kinem Piast w Sieradzu, w gronie tak samo jak ja podnieconych kumpli z klasy. Seans był od 15 lat, a miałem 14. Trochę się martwiłem, czy starczy biletów, a ponadto czy mnie wpuszczą.

Udało się. Film mi się bardzo podobał, reszcie chłopaków również. Nie widziałem go już nigdy potem. Zapewne telewizja powtarzała go niejeden raz, ale nie dane mi było go obejrzeć. Może i dobrze. Podejrzewam, że teraz odczuwałbym niesmak i lekkie zażenowanie, że takimi bzdurami kiedyś się fascynowałem. Chociaż, parę lat temu obejrzałem nową, amerykańską wersję Godzilli, z Matthew Broderickiem w roli rozkojarzonego naukowca, który dziwnym zrządzeniem losu w ciągu dnia staje się bohaterem narodowym, ratującym kraj (a może i świat) przed atakiem gigantycznych potworów. Taki hollywoodzki schemat, przewidywalny do bólu, choć trzeba przyznać, że zrealizowany z rozmachem i dbałością o stronę wizualną. Efekty komputerowe zapierały dech w piersiach, chyba nawet ich twórcy dostali Oscara.

Kiedyś, w jakiejś małej księgarni, znalazłem książkę która posłużyła za kanwę scenariusza tego filmu. Kosztowała złotówkę (można często znaleźć książki na kilogramy), więc bez oporów kupiłem, tym bardziej, że nie miałem co czytać w pociągu. Pochłonąłem ją w kilka godzin, a ostatnio nawet przeczytałem drugi raz. Dobra, niezobowiązująca lektura, trzymająca w napięciu, idealny zabijacz czasu.

Amerykanie przywłaszczyli sobie japońską Gojirę. Pierwsze filmy o tym zmutowanym monstrum, siejącym postrach na ziemi i morzu, powstały w kraju kwitnącej wiśni, ale w świadomości większości widzów Godzilla to produkt zza oceanu.

Tymczasem swoją Gojirę mają też Francuzi. Na szczęście to nie kolejna wersja filmowego potwora, ale kapela metalowa. Karierę światową rozpoczęli z hukiem, otwierając koncerty Metalliki. Ich poprzednia studyjna płyta na długo zawładnęła moim Foobarem. Na kolejną kazali czekać aż cztery lata. Apetyt miałem wyostrzony i szczerze mówiąc, spodziewałem się ciosu, który jeśli mnie nie zabije, to przynajmniej powali na kolana. Niestety, album trochę rozczarowuje, nie jest tak nieprzewidywalny jak "The Way Of All Flesh" z 2008 roku, nie ma też na nim wyróżniającego się kawałka, który zapadłby na dłużej w pamięć.

Mimo wszystko trzeba przyznać, że kapela ma swój rozpoznawalny styl i brzmienie, o co w metalowym światku wcale nie tak łatwo. Dlatego, jeśli ktoś chciałby posłuchać, jak Francuzi radzą sobie z ciężkim brzmieniem, to voila:

Gojira 2012


czwartek, 19 kwietnia 2012

Impuls


Dawno nic nie pisałem, bo nie miałem impulsu. Aż przedwczoraj impuls się pojawił, w postaci ciekawego maila. Napisała do mnie właścicielka internetowej galerii, w której sprzedaję swoje prace. Byłem trochę zawiedziony, bo myślałem, że pojawił się jakiś klient, tymczasem rzecz dotyczyła zupełnie czego innego.

Pani z galerii była tylko pośrednikiem w wymianie informacji. Zwróciła się do niej redaktor naczelna jednego z nowych pism o psychologii z zapytaniem o możliwość zamieszczenia jednorazowo trzech zdjęć mojego autorstwa na łamach tejże gazety. Ani słowa o honorarium, jedynie wzmianka, że to forma promocji, bo pod pracami będzie widniało moje nazwisko. W załączniku była już umowa, a w ostatnim zdaniu polecenie wysłania zdjęć w dużej rozdzielczości na adres redakcji.

Tak, już, zadzieram kiecę i lecę. Wiem, jak wygląda specyfika pracy w gazecie, parę lat to przerabiałem. Wiem też dobrze, na czym gazety zarabiają. Pierwszy segment to sprzedaż, drugi to reklamy, trzeci - nie zawsze, ale często - to artykuły sponsorowane. Dziennikarze dostają pensje, płaci się drukarzom, nawet sprzątaczki redakcyjnie nieźle zarabiają. Zaciekawiło mnie, dlaczego obie panie - szefowa galerii i naczelna - nie pomyślały ani przez moment, że jako ilustrator tekstu (wynajęty bo wynajęty, ale zawsze) też powinienem dostać jakieś honorarium. Zajmuję się tym zawodowo, utrzymuję siebie i rodzinę, więc nie bardzo rozumiem, w jakim celu mam oddawać swoją pracę darmo.

Za wszystko się płaci. Dziecko przychodzi na świat i już za ten fakt rodzice muszą zapłacić, rejestrując jego istnienie w urzędzie. Tymczasem ja, korzystający z aparatu, którego nikt mi nie dał, tylko musiałem go kupić, płacący za prąd i paliwo (bo wiele zdjęć robię w plenerze), mam oddać za free owoce swojej pracy. To doprawdy bezczelne! Napisałem pani z galerii krótko i węzłowato, że nie zgadzam się na bezpłatne wykorzystanie moich zdjęć. Odpisała, że uprzejmie dziękuje za odpowiedź.

Myślałem, że na tym koniec. Gdzie tam! Chwilę potem odebrałem wiadomość od samej pani redaktor naczelnej. Pani Monika zwraca się z uprzejmym zapytaniem o możliwość zakupienia moich zdjęć, ale nie pyta o cenę, tylko proponuje swoją, głodową stawkę. Współpracowałem kilka lat temu z miesięcznikiem psychologicznym "Charaktery" i niezbyt miło wspominam ten okres, o czym nie omieszkałem nadmienić pani Monice. Dodałem też, ze niechętnie pozbywam się swoich prac, chyba że stawka jest interesująca, czego nie można było niestety powiedzieć o jej propozycji.

Minęła już ponad doba, pani Monika rozważa moje warunki, ale coś podskórnie czuję, że albo w ogóle się nie odezwie, albo napisze krótkiego maila, w którym zrezygnuje ze współpracy ze mną. Po czym nerwowo zacznie szukać następnego jelenia, gotowego za promocję w nikomu nie znanym periodyku psychologicznym udostępnić swoje prace bezpłatnie.

Na dole link, na uspokojenie nerwów, do króciutkiej, acz uroczej epki dwóch kosmitów.

Olafur Arnalds/Nils Frahm - Stare 2012


Arnalds/Frahm - Stare 2012 [EP]


PS. U góry jedna z prac, o którą tak zaciekle walczyła pani Monika.