wtorek, 14 czerwca 2011

Typy chrypy


Dzisiaj kolejna z moich dziennikarskich wypocin, nieco zmodyfikowana na potrzeby netu.

Zachrypnięty głos może być oznaką zapalania gardła, ale i znakiem rozpoznawczym wokalisty. Wielu facetom przyniósł sławę.

Posiadaczem najbardziej znanej na świecie chrypy jest Louis Armstrong, fenomenalny, nieżyjący już trębacz. Choć nagrał kilkadziesiąt instrumentalnych albumów jazzowych, bardziej znany jest jako wykonawca piosenek. Jego szlagier What A Wonderful World kojarzą nawet ci, którzy na dźwięk trąbki zmieniają stację w radiu. Duety Armstronga z Ellą Fitzgerald, pierwszą damą jazzu, to już klasyka. Mimo ponad 50 lat od nagrania, te piosenki nadal brzmią rewelacyjnie, dostarczając wzruszeń kolejnym pokoleniom melomanów.

Alfabet
Ameryka dała światu jeszcze jednego „chrypola” - Toma Waitsa. Wielokrotnie porównywany był z Armstrongiem, ale nie dlatego, że gra na trąbce (bo nie gra), tylko ze względu na chrypę. Barwa jego głosu i sposób śpeiwania przypomina też bardzo Captaina Beefhearta, o którym pisałem wcześniej. Trudno wyczuć, na ile inspirował się jego dokonaniami, a na ile jest to zwykła zbieżność.

Od początku kariery Waits wzbudzał skrajne emocje, od zachwytu po pogardę. Krytycy czepiali się, że jego sposób śpiewania jest manieryczny, a głos nienaturalny. Jeden z nich napisał nawet: „Gdybym zjadł cały alfabet, wysrałbym pewnie lepsze teksty od Waitsa”.
Muzyk miał to głęboko gdzieś i konsekwentnie robił swoje. Udało mu się nagrać kilka niezapomnianych albumów, (Rain Dogs, Frank’s Wild Years), a w 1992 roku zdobył nagrodę Grammy za - średni moim zdaniem krążek - Bone Machine.

Waits znany jest ze swojego specyficznego humoru i niecodziennych skojarzeń. Twierdzi na przykład: „Musisz być cały czas w ruchu, bo jeszcze żaden pies nie obsikał jadącego samochodu”. Od lat stosuje się do tej zasady. Ciągle poszukuje nowych środków wyrazu; wykorzystuje zdezelowane instrumenty, zaprasza do studia bezdomnych, nagrywa dźwięki ulicy. Wszystko po to, by w swej muzyce dobrze oddać charakter miejskiego zgiełku. Paradoksalnie, mieszka wraz z żoną Kathleen Brennan, autorką wielu tekstów, na wsi. Wpływowy magazyn "Paste" umieścił to małżeństwo na 4. miejscu listy 100 najlepszych żyjących autorów piosenek.

Bard-emeryt
Leonard Cohen, posiadacz równie charakterystycznej chrypki, w Kanadzie, skąd pochodzi, jest otoczony kultem. Jego nowe tomiki poezji rozchodzą się jak świeże bułeczki, a płyty z dnia na dzień stają się bestsellerami.
Autor hitu Dance Me To The End of Love chyba wyśpiewał swoją przyszłość. W 2005 roku okazało się, że został bez grosza przy duszy. Jego była przyjaciółka, jednocześnie menadżer Kelley Lynch, sprzeniewierzyła 5 milionów dolarów z funduszu emerytalnego. Mimo że Cohen wygrał sprawę sądową, Lynch ignoruje wezwania zapłaty i nic nie wskazuje na to, że uda mu się odzyskać straconą kasę.

Kilka lat temu wszedł na ekrany film w reżyserii Liana Lunsona pt. I’m Your Man (tytuł jednej z płyt Cohena). Zawiera fragmenty dwóch koncertów z 2004 roku (Brighton i Sydney) poświęconych poecie. Piosenki Cohena wykonują zaproszeni goście, m.in. Nick Cave, Rufus Wainwright, Beth Orton, Jarvis Cocker i Antony. Absolutną sensacją jest duet Leonarda Cohena z U2 w utworze Tower of Song.
W filmie wykorzystano obszerne fragmenty wywiadu z artystą. Opowiada o czasach beatników, spotkaniach z prawdziwą Suzanne, bohaterką jednej ze swoich najsłynniejszych piosenek, buddyzmie, poezji, samotności.

"Nigdy nie czułem się dobrze w dżinsach, nigdy do mnie nie pasowały" – wyznaje.

Artysta ma liczne grono fanów w Polsce, do czego przyczynił się propagator jego twórczości, Maciej Zembaty. Album Cohena Dear Heather zawiera niespodziankę dla polskich fanów. W podziękowaniu za ich wierność, muzyk zadedykował im jedną ze swoich litografii, która dodawana była do każdej płyty kupionej w naszym kraju. To precedens na skalę światową.

Grabarz i lowelas
Rod Stewart, zanim zajął się śpiewaniem, był m.in. grabarzem. Jego kariera muzyczna przebiegała dosyć burzliwie. Podczas jednej z pierwszych tras koncertowych został deportowany z Hiszpanii do Anglii za… włóczęgostwo. Żył jak prawdziwy rockman, nie stroniąc od używek i o wiele młodszych od siebie kobiet. Jemu, w odróżnieniu od Cohena, dżinsy pasowały. Chrypka towarzyszyła mu od samego początku śpiewania. Dziś ma na karku prawie 70 lat i siedmioro dzieci. W ostatnich latach dostarczał co jakiś czas pożywki brukowcom, rozwodząc się z modelką Rachel Hunter. Niedawno został ojcem synka Alastaira, którego matką jest Penny Lancaster, kolejna młoda modelka.

Rozwód nadwerężył stan konta artysty, stąd zapewne jego pomysł, żeby rzucić się na zbiór znanych kawałków i przygotować ich własne wersje. To metoda sprawdzona przez niejednego wokalistę, który utknął w martwym punkcie. Steward nagrał zbiór coverów pt. „Still The Same... Great Rock Classics of Our Time”, reklamowany jako pierwsze rockowe dzieło artysty od ponad ośmiu lat. Sprawdziło się, album od razu wylądował na szczycie amerykańskiej listy przebojów i stał się takim samych hitem kasowym, jak trzy poprzednie zbiory The Great American Songbook, nagrane w latach 2002-2005. Na krążku znalazł się m.in. przebój Vana Morrisona Crazy Love oraz piosenka If Not For You Boba Dylana.

Koza
Ten ostatni też dysponuje niezłą chrypką, choć kiedy zaczynał, jego głos kojarzył się wielu raczej z beczącą kozą. Frank Zappa wielokrotnie szydził z maniery wokalnej Dylana, parodiując go na koncertach. Tymczasem Dylan nie krył, że zaczął śpiewać po to, by stać się sławnym i zarobić dużo kasy. Nie wiadomo, ile w tym artystycznej przekory, a ile prawdy, w każdym razie swój cel osiągnął. Aż trudno w to uwierzyć, ale karierę muzyczną zaczynał w 1962 roku. Nagrał do tej pory blisko 40 albumów studyjnych, z których najbardziej znane to choćby Highway 61 Revisited czy Blood on The Tracks.

Pod koniec lat 90. wydawało się, że kariera Dylana dobiega końca. Artysta zaskoczył wszystkich, nagrywając w 1997 roku pod okiem producenta Daniela Lanois rewelacyjny album pt. Time out of Mind. Potwierdził swoją klasę cztery lata później, wypuszczając na rynek rockandrollowe Love and Theft. W tak zwanym międzyczasie firmował kilka swoich bootlegów, jednak fani czekali na kolejną płytę studyjną. Doczekali się. Krążek Modern Times pokazuje, że można się starzeć z klasą. Dylan gra na większości instrumentów, a werwa go nie opuściła.

Poezje Dylana były inspiracją dla wielu pokoleń amerykańskich twórców, windując go na pozycję barda nr 1 USA. Jego teksty, także na tym krążku, świetnie łączą metafizykę z nieco ironicznym humorem. Kto wie, czy gdyby nie one, Dylan kiedykolwiek zrobiłby karierę ze swoim zachrypniętym, coraz bardziej łamiącym się głosem.


Poniżej do posłuchania jeden z moich ulubionych albumów Waitsa. Byłem na jego koncercie w Kongresowej, niezapomniane misterium. Gardło mnie bolało od ryczenia razem z nim, a ręce miałem opuchnięte od klaskania. Najlepszy koncert, na jakim byłem w życiu.

Tom Waits - Swordfishtrombones (1983), 72 MB
Tom Waits - Swordfishtrombones

niedziela, 12 czerwca 2011

Exile


Parę dni temu zerwałem definitywnie z plfoto. Sprawdziłem - zarejestrowałem się tam 1 X 2006 roku, czyli prawie pięć lat temu.

Tak wygląda moja statystyka na plfoto:
liczba zdjęć: 500
licznik odwiedzin: 44044
liczba komentarzy: 14656
liczba ocen : 12466
średnia ocen: 9.30

Cóż mogę powiedzieć? Nie mam jakiegoś specjalnego sentymentu do tego portalu, za to mam tam wielu fanów - wystarczy spojrzeć na wpisy pod portfolio. Wielokrotnie byłem polecanym autorem, kilka moich zdjęć (między innymi to u góry) było Zdjęciem Dnia. Znam osobiście parę osób, ale większość to dla mnie anonimowi fotoholicy. Mało, albo prawie nic mi się tam nie podoba. Żeby trafić na dobre zdjęcie, trzeba czasem przejrzeć 10 stron. To się mija z celem, szkoda czasu i nerwów.

Kiedy jeszcze nie miałem swojej strony, podawałem link do portfolio właśnie na plfoto. Ale tylko dlatego, że miałem tam najwięcej zdjęć.

Zobaczymy, może kiedyś wrócę, ze zwykłej ciekawości, czy coś się zmieniło. Miałem już kiedyś długi urlop, chyba półroczny. Póki co, idę w zaparte, nawet tam nie zaglądam. No bo po co?

Nie to, żebym był w jakimś sentymentalnym nastroju, cierpiał katusze czy rozterki. Po prostu lubię klimatyczną muzykę, dlatego wybrałem panią ze Skandynawii o wielkiej wrażliwości i pięknym głosie. Nagrała wiele płyt, ale ta jest wyjątkowa, jedyna w swoim rodzaju. Słuchałem jej lata temu, ostatnio sobie przypomniałem i posłuchałem ponownie, nawet kilka razy. Nic nie straciła ze swego uroku. Tutaj gra cisza, przestrzeń, nastrój. Jazzowa oprawa i produkcja ECM gwarantują niezapomniane wrażenia.

Sidsel Endresen - Exile, 1993, 320kbps, 2 części

01 - Here The Moon (Endresen) 02:29
02 - Quest  (Eberson, Endresen)06:32
03 - Stages I, II, III (Bates) 07:47
04 - Hunger (Darling) 06:30
05 - Theme I (Darling, Endresen) 02:14
06 - Waiting Train (Eberson, Endresen) 03:51
07 - The Dreaming (Balke) 04:44
08 - Dust (Eberson, Endresen) 08:00
09 - Variation III (Christensen, Darling, Endresen) 03:11
10 - Theme II (Darling, Endresen) 02:36
11 - Exile (Endresen) 08:08


Exile cz.1
Exile cz.2

czwartek, 9 czerwca 2011

Endecja


Kilka lat temu kupiłem okazyjnie od Michała Giedrojcia (z tych Giedrojciów) używany filtr NDx400. Gwint 58mm, do canona. Zafascynowany wtedy byłem francuską szkołą pejzażu, tymi wszystkimi rozmytymi chmurkami i wodą jak kisiel.
Nie powiem, zajebista zabawa jest z tym filtrem. Najciekawsze jest to, że nie przewidzisz, jaki efekt da długie, czasem kilkuminutowe naświetlanie.


Dobre parę miesięcy jeździłem w plener ze statywem, wężykiem i ND. Cykałem jak szalony, co popadło. Jak chcesz uzyskać dobrą jakość, musisz ustawić minimum f11. Czasy, nawet w słoneczny dzień, wychodzą masakryczne, kilkadziesiąt sekund. Przy minimalnej dziurze przechodzą w minuty, niestety wyłażą też wszystkie syfy na matrycy, które trzeba potem mozolnie stemplować w szopie. Jak masz do obrobienia kilkadziesiąt długoczasowych zdjęć, przestaje to być zabawne.

Zgubiłem ten filtr, i nawet specjalnie nie żałuję. Wybrałem się kiedyś w okolice Lęborka, żeby porobić rozmyte chmurki do wklejek. Niebo było wymarzone: zróżnicowane chmury, cumullusy, cirrusy i inne usy, do tego delikatny wiaterek, na tyle mocny, że przy minucie naświetlania dawał piękny efekt na niebie i na tyle delikatny, że nie trząsł statywem. Wracając do domu, zatrzymałem się przy jakimś opuszczonym pegeerze, żeby sfotografować budynek bez okien i dachu, niezwykle malowniczy. Odkręciłem filtr, który ciągle był na obiektywie i położyłem go na dachu samochodu. Pokręciłem się trochę po okolicy, wsiadłem do auta i odjechałem. Dopiero w chacie zorientowałem się, że nie ma filtra. Niewiele myśląc wsiadłem do samochodu i wróciłem na miejsce. Przeczesałem cały teren, po którym chodziłem, wszystkie miejsca, gdzie robiłem zdjęcia, i nic. Wsiąkł jak kamfora. Nie wiem, albo go ktoś znalazł i zabrał, albo wiozłem go na dachu i spadł dopiero na jakimś zakręcie. Strasznie się na siebie wkurwiłem. Zawsze pamiętałem, żeby chować go do pudełka. Ale zarobił na siebie. Dwa zdjęcia zrobione z jego użyciem sprzedałem za niezłą kasę agencji reklamowej z Wrocławia.

Fascynacja ND trochę mi przeszła. Nie tylko z powodu tej głupiej sytuacji. Udzielałem się jakiś czas temu dość mocno na francuskim Art Limited. Zaprosił mnie Denis Olivier, współwłaściciel tego portalu, namiętnie używający ND. Niestety, poza nim stosuje ten filtr co najmniej kilkudziesięciu innych Francuzów, o innych nacjach nie wspominając. Widzisz nowe zdjęcie z jakimś pomostem i wodą w kolorze przybrudzonej bieli i nie wiesz, kto jest jego autorem. Mógł to zrobić i Olivier, i Silly, i setka innych autorów. Bezsensowna unifikacja. Dlatego doszedłem do wniosku, że nie ma co się ścigać z kolesiami, którzy mają sprzętu za kilkadziesiąt tysięcy euro, tylko robić swoje.

Teraz wykorzystuję rozmyte chmury w montażach, stosując je z umiarem, tylko wtedy, kiedy uznam, że pasują do sytuacji lub konwencji. Mam bazę kilkuset zdjęć z ND, głównie chmur, wzbogaconą dodatkowo o fotki robione z użyciem IR-a. Z podczerwienią to już zupełnie inna jazda. Pewnie coś wkrótce o niej napiszę.
***
2 lipca jadę na Prince'a. Kurde, to będzie wydarzenie! Zawsze powtarzałem, że jak tylko przyjedzie do Polski, dam każde pieniądze za bilet. No i się doczekałem, w sumie za niewielką kasę, aż się dziwię. Ale nie Prince'a tu zaprezentuję, tylko Primusa, który wystąpi tego samego dnia na Open'erze. Dwa grzyby w barszczu, czy jakoś tak. Przypomniałem sobie w związku z tym większość ich płytek i chyba najbardziej przypasował mi "Antipop". Okładka z dupy, ale za to muzyczna zawartość zajebista. Kawał solidnego rockowego młócenia, z odrobiną humoru i szaleństwa, czyli wszystko to, co tygrysy lubią najbardziej. Smacznego!

Primus - Antipop, 1999

Primus - Antipop

poniedziałek, 6 czerwca 2011

Kwadrart


Wystartowałem parę dni temu ze swoją stroną www. W końcu. Już parę lat temu ludzie mnie pytali, dlaczego nie mam strony. Nie miałem, bo nie potrafiłem jej zrobić, a lubię mieć kontrolę nad tym, co dotyczy moich spraw.
Może to myślenie magiczne, ale zauważyłem, że jak czegoś bardzo chcę, to samo do mnie przychodzi.

Przełamałem się i w końcu zarejestrowałem się na facebooku. Broniłem się przed tym rękami i nogami, bo wydawało mi się, że to taka kolejna plotkarska naszaklasa. Tymczasem okazało się, że odświeżyłem parę zapomnianych kontaktów i nawiązałem wiele nowych, bardzo interesujących. Z tych starych odezwał się do mnie Moro, kumpel z Sieradza, zajmujący się między innymi projektowaniem stron.

- Klimas, nie chciałbyś mieć strony?
- No pewnie, że bym chciał.
- To ci zrobię. Jakoś się dogadamy.

Z racji tego, że robię tylko kwadratowe kadry, postawiliśmy na kwadrat jako element wiodący. Tekst wyjustowany jest do kwadratu, wszystkie elementy są kwadratowe. Kupę roboty miał przy tym chłopak, doceniam to, tym bardziej, że musiał znosić moje fanaberie. Dzięki Moro.

Dogadaliśmy się tak, że dostanie ode mnie duży wydruk do nowego mieszkania, a ja będę miał stronę - taka wymiana barterowa.
No i mam:
www.kwadrart.com

Muzycznie dzisiaj awangardowo.

Art Zoyd - Le Mariage du Ciel et de l'Enfer (1984), 100MB


Art Zoyd - Le Mariage

sobota, 4 czerwca 2011

Duch Zappy


W telewizji Top Trendy, więc mogę spokojnie usiąść ze słuchawkami na uszach i poobrabiać zdjęcia. Chodzi mi po głowie cykl montaży muzycznych, z wykorzystaniem postaci muzyków lub instrumentów. Coś tam już kombinowałem, ale to ciągle za mało na konkretną serię.

Dzisiaj, słuchając Zappy, wymodziłem taki obrazek. Dół to betonowy murek z Poznania. Ten trębacz z prawej, a właściwie tubacz, to aktor polskiego Teatru Snów. Sfotografowałem go podczas plenerowego przedstawienia, razem ze szczudlarzami, których tak eksploatowałem przez ostanie miesiące. Mam jeszcze inne ujęcia tego kolesia, kilka z nich już wcześniej wykorzystałem - w czarno-białej pracy pt. Tercet.

Kombinowałem z tym murkiem na różne sposoby, wklejałem na niego zdjęcia dzieci, przedmiotów, a nawet zwierząt, ale ciągle coś było nie tak. Nie tworzyła się żadna historia, dopiero ten muzyk z tubą idealnie tam przypasował. Takie rzeczy czasami wychodzą, kiedy się zaburzy skalę przedmiotów (beton w rzeczywistości ma około dwóch metrów szerokości).

A propos Zappy, wydawało mi się, a nawet byłem pewny, że nie ma i nie będzie miał kontynuatorów. To najlepiej świadczy o jego wielkości. Zainspirował wielu muzyków, ale żaden z nich nie rozwinął twórczo jego pomysłów. Dweezil odcina kupony od popularności ojca, jeżdżąc po całym świecie z jego dawnym zespołem i odgrzewa kotlety dla naiwnych fanów, którym się wydaje, że ich idol nadal żyje. Trochę to niesmaczne, chociaż muzycznie zrobione na najwyższym poziomie i nawet miło się słucha.

Aż tu ostatnio, zupełnie przypadkiem, trafiłem na płytkę zespołu Mirthkon. No i kurde odnoszę wrażenie, jakby Frank Zappa reinkarnował w każdym z jego członków. Krążek "Vehicle", jedyny jak dotąd, nagrali dwa lata temu. Czyste szaleństwo! Skomplikowane harmonie, popierniczone kompozycje, a jednocześnie wszystko trzyma się kupy. Są i dęciaki, i przesterowana gitarka, a chórki jakby żywcem wyjęte z Zappy. Dużo humoru i chwytliwych melodyjek, ale nie prostackich, tylko naprawdę wysmakowanych. Najważniejsze, że nie jest to tępe naśladownictwo, ale świeża i oryginalna muza, o którą ostatnio coraz trudniej.

Jak się słucha tak dużo jak ja, rzadko zdarza się zaskoczenie, a jeszcze rzadziej fascynacja. Tymczasem kolesiom (i kolesiówie, bo jest tam jedna panna, grająca na saksie) udało się przyciągnąć moją uwagę, i to na dobre. Bardzo jestem ciekaw, co przygotują nowego. Póki co, wyczytałem na ich stronie (www.mirthkon.com), że na debiut czekali aż cztery lata. Pochodzą z Oakland w Kalifornii i właśnie przygotowują DVD. W 2006 wydali epkę "The Illusion of Joy", ale to się nie liczy.

Wehikuł to moje wielkie odkrycie. Naprawdę przenosi w czasie, do najlepszych lat i pomysłów Franka. Z tym, że nagrany jest grubo po jego śmierci. Jeśli chcesz posłuchać, pod zdjęciem okładki jest link.


Mirthkon - "Vehicle", 2009
Mirthkon - Vehicle

czwartek, 2 czerwca 2011

Francuski buldog


Mam w domu idealnego modela, ale rzadko chce współpracować. Buli, 7-letni buldog francuski. Biały, z szarymi i czarnymi plamkami, trochę jak dalmatyńczyk. Do tego uszy nietoperza i prawie całkowity brak ogona.

Aparat lubi Buliego, ale niestety Buli nie lubi aparatu. Skubany, wie, kiedy zamierzam mu zrobić zdjęcie. Najczęściej odwraca wtedy głowę albo ucieka. Od pięciu lat próbuję go jakoś sensownie sfotografować, udało mi się może parę razy. Większość zdjęć ląduje w koszu, albo są nieostre, albo źle skadrowane, bo kiedy naciskałem spust, akurat zwiewał z kadru.

Jest jeszcze inny problem natury technicznej - jego biel. Kiedy próbuję robić mu zdjęcie np. na trawie, muszę mierzyć światło na sierści. Trwa wychodzi wtedy smolistoczarna. Kiedy koryguję ekspozycję, przepalam biele. Dlatego Buli najlepiej wychodzi na śniegu. Wtapia się w tło, a kontrasty są na tyle małe, że większość jego zimowych fotek jest ok.

Wybrałem się kiedyś z Bulim nad jezioro, do Izbicy. Szalał z radości już w samochodzie. Jak tylko dojechaliśmy na miejsce i uchyliłem lekko drzwi, wystrzelił jak z procy i zaczął biegać po lodzie. Cierpi chyba na jakąś formę nerwicy, bo na spacerach zawsze ma sraczkę. Kiedy sra w ogrodzie, robi normalne kupy, ale w plenerze zawsze biega z upaćkanym tyłkiem, który muszę mu wycierać, jak wsiadamy do auta, żeby nie zapaskudził tapicerki. Udało mi się go wtedy ustrzelić, kiedy skupiał się nad jakąś kępką trawy. Padał mokry śnieg, warunki zdjęciowe były takie sobie, w powietrzu fruwały wielkie płatki, które przyklejały się do obiektywu, ale foto wyszło fajne. Ktoś - na jakimś portalu - zażartował, że Buli przybrał klasyczną pozycję telemarku, i odtąd tak to zdjęcie tytułuję. Czepiali się, że to montaż, bo u góry widać śnieg, a na dole już nie. Jak ma być widać białe na białym, przy słabym świetle i niskim kontraście?

Francuski buldog miniaturka to mutant, rasa sztucznie stworzona z mieszanki trzech innych - budoga angielskiego, teriera i mopsa. W XVII wieku przywędrował do Francji z emigrującymi za pracą tkaczami. Szybko stał się pieskiem salonowym, nieodłącznym towarzyszem kurtyzan. Jest łagodny, rzadko szczeka, lubi dzieci. 
Buli jest typowym przedstawicielem tej rasy, z wszystkimi tego konsekwencjami. Ze względu na krótką kufę strasznie chrapie i szybko męczy się w upalne dni. Najgorsze są jego smugacze - zdradliwie pierdzi, najczęściej w najmniej spodziewanych momentach, na przykład w samochodzie. 

Nie zamieniłbym go na żadnego innego psa.

Skoro już jesteśmy w kraju żabojadów, warto przedstawić franuskiego muzycznego buldoga. 
Gojira, nazwana tak od pierwszego, japońskiego filmu o monstrualnym potworze, gra - żeby to najkrócej ująć - nowoczesny metal. To świetnie wyprodukowana rzeźnia, na miarę naszych czasów. Kompozycje są długie i melodyjne (tytułowy kawałek trwa ponad 17 minut! ), ale nie jest to trudna do zniesienia sieczka, tylko kawał solidnej produkcji, z częstymi zmianami tempa i ciekawymi rozwiązaniami brzmieniowymi.

Zespół wydał dotąd cztery płyty, występował też w Polsce. Supportowali parę lat temu Metallikę, i od tego właściwie zaczęła się ich światowa kariera. 

Przedstawiam ostatnią studyjną płytę Gijiry "The Way of All Flesh", sprzed trzech lat. Kapitalny riff pierwszego kawałka (Oroborus) od razu mnie do niej przekonał. Kapela przygotowuje właśnie nowy materiał. 

Najwyższy czas. 

Gojira - The Way of All Flesh (2008), 160MB
Gojira - The Way of All Flesh

środa, 1 czerwca 2011

Primavera


Kończy się Dzień Dziecka, a że mam dziecko i czasem nawet robię mu zdjęcia, postanowiłem coś wrzucić.
Nina urodziła się w pierwszy dzień wiosny, w samo południe. Niedawno skończyła 4 lata. Chodzi do przedszkola, coraz fajniej rysuje, ma jeszcze kłopoty z wymawianiem R, ale to tylko kwestia czasu.
Kiedy była niemowlakiem, fotografowałem ją bez opamiętania. Teraz trochę rzadziej, bo nie zawsze chce, bym robił jej zdjęcia.

Chyba dopiero po pięciu miesiącach udało mi się zrobić zdjęcie Niny, które nadawało się do publicznej prezentacji, a nie tylko do albumu rodzinnego. To ta fotka u góry, z nóżką. Starałem się unikać banału, a niełatwo to przychodzi, bo człowiek zauroczony swoją pociechą traci obiektywizm i wydaje mu się, że każde zdjęcie uślinionego berbecia wzbudzi zachwyt wszystkich.

Długo debatowaliśmy nad wybraniem imienia dla dziecka, kiedy już wiedzieliśmy, że będzie dziewczynka. Pokłóciliśmy się nawet o to, ale w końcu udało się wypracować kompromis. Miało być prosto, bez udziwnień (żadne tam Margaretta czy Kunegunda), a jednocześnie oryginalnie. Chyba się udało. imię pasuje do Niny idealnie i podoba się nie tylko nam.

Muzycznie nie miałem chyba innego wyboru: Nina Hagen. Wybrałem płytę, którą bardzo lubię, może nie najoryginalniejszą w jej dorobku, ale za to w miarę równą - a różnie z tym bywało -  a nawet miejscami przebojową. Miałem kiedyś kasetę, dość kiepskiej jakości, długo poszukiwałem oryginału, aż wreszcie się udało. Nieba a ziemia! Jak bym poznawał ten album od nowa. Jest szaleństwo, są wokalne popisy, rockowy pazur i odrobina humoru, żeby nie było tak przytłaczająco. Nie tak punkowa jak wcześniejsze krążki, bardziej rockowa, nowocześniejsza brzmieniowo, ale to ciągle jedyna w swoim rodzaju Nina.


Nina Hagen Band - Nunsexmonkrock, 1982

Nina Hagen - Nunsexmonkrock