czwartek, 17 stycznia 2013
Dziwna kraina
Tytuł posta świetnie ilustruje to, co od dłuższego czasu dzieje się w Polsce, ale obiecałem sobie, że nie będę pisał o polityce. Napiszę za to o polskich krajobrazach, które wciąż są dla mnie źródłem inspiracji. Mieszkam w rejonie bardzo zróżnicowanym: naokoło jest mnóstwo lasów, jeziora, do morza niedaleko, a pola zawsze urzekały mnie swoją przestrzenią. Na dobrą sprawę większość moich prac to zmodyfikowane pejzaże, z dodanym elementem bajkowym lub surrealistycznym. Już nie pamiętam, w którym momencie zacząłem kreować te dziwne światy. Wsiąkłem w nie, zatraciłem się do tego stopnia, że teraz nie potrafię sfotografować zwykłego widoczku, żeby od razu nie kombinować, co na niego wkleić.
Możliwości są nieograniczone, jedynymi barierami są moja wyobraźnia i baza zdjęciowa. Mam na przykład obszerne katalogi ze zwierzętami, zarówno domowymi, jak i dzikimi. Poszerzyłem bazę o egzotyczne okazy, kiedy wybraliśmy się całą rodziną do zoo. Stąd m.in. hipopotamy, które tyle radości dostarczają nie tylko Ninie, ale i dorosłym, kiedy je oglądają. Miałem okazję dyskretnie poobserwować reakcje widzów na niedawnej wystawie w Słupskim Ośrodku Kultury. Cieszy mnie to, że oglądający wgłębiali się w obrazki, nie traktowali ich jak powierzchownych widoczków bez podwójnego dna, ale pożywkę dla własnych zabaw ze skojarzeniami i symbolami. Wiem z indywidualnych rozmów, że smakowali je, dozowali sobie, żeby mieć większą uciechę i nie odczuć przemęczenia natłokiem obrazów.
Dotkliwie doskwiera mi ostatnio brak światła, który uniemożliwia zrobienie nowych zdjęć. Częściowo byłem na to przygotowany - od wiosny do jesieni nie przepuściłem żadnej okazji, żeby wybrać się z aparatem w plener. Tym sposobem mam na dysku tysiące widoczków, przeróżnych chmur (jak nie znajduję ciekawego motywu, fotografuję niebo), przedmiotów, drzew.
Niektórzy zarzucają mi, że tworzę za dużo. Że czasami odczuwają przesyt, że niektóre motywy się powtarzają, że sam się powtarzam. Nie zamierzam się bronić, po prostu nie potrafię się zatrzymać. Kreowanie tych dziwnych krain stało się moją prywatną obsesją, od której nie mogę i nie chcę się uwalniać. Póki co sprawia mi to niebywałą frajdę, a i pieniądze zaczynam zarabiać coraz lepsze. Pojawiają się ciekawe propozycje współpracy i wystaw w renomowanych miejscach. Wiem, że w dużej mierze przyczyniły się do tego mój upór i konsekwencja. Niewielu twórców jest w tej komfortowej sytuacji, że może całkowicie poświęcić się swojej pracy, nie czekając na zlecenia z zewnątrz. Dla mnie to wielki komfort. Polacy chyba byliby spokojniejsi, gdyby spróbowali robić to, co lubią.
Dobra, miało nie być o polityce...
Dziwna kraina to po angielsku Oddland. Jesienią zeszłego roku odkryłem zespół o tej nazwie. Istnieje od 10 lat, ale dopiero teraz wydał debiutancki krążek zatytułowany "The Treachery of Senses". Nie będę się rozpisywał, powiem tylko tyle, że dla mnie to jedna z lepszych rockowych płyt zeszłego roku. Szczerze polecam.
Oddland
środa, 5 grudnia 2012
Bez twarzy
Zbliża się koniec roku, chyba czas na podsumowania. Dla mnie był to rok zdecydowanie "wystawowy". Moje prace krążyły po Polsce, w sumie odbyło się sześć wystaw indywidualnych i trzy zbiorowe, w tym jedna zagraniczna. Dostałem dwie nagrody starosty słupskiego, zaliczyłem kilkanaście publikacji, w większości poza granicami Polski. Nie powinienem i nie mogę narzekać.
Za namową Mellera, który niedawno mnie odwiedził, przyjeżdżając z deszczowej Irlandii, wróciłem po dłuższej przerwie na plfoto, największy polski portal fotograficzny. Nie powiem, z sukcesem. Byłem polecanym autorem, chyba nawet dwukrotnie, miałem zdjęcie dnia, większość moich prac ląduje w topie.
Na zagranicznych portalach też nieźle sobie radzę. Chyba udało mi się w końcu wypracować wizualne esperanto, które trafia i przemawia do wielu osób, niezależnie od tego, w jakim rejonie Ziemi mieszkają.
Dostaję maile i prywatne wiadomości na Facebooku od ludzi z całego świata. Najbardziej rozczuliła mnie kobitka z Nowego Jorku, która tak zatraciła się podczas oglądania moich prac, że zapomniała iść do pracy.
Co do Facebooka, w ciągu półtora roku dorobiłem się prawie 4 tysięcy znajomych, głównie fanów moich montaży. Wiem, że to złudne, bo większości z nich nie znam, ale traktuję to jako formę promocji, która - muszę przyznać - przynosi namacalne efekty. Jutro, właśnie dzięki kontaktowi z FB, wysyłam dwa duże printy do Los Angeles.
Ze Stanów, a dokładnie z Encino w Teksasie, pochodzi zespół, którego płyta jest dla mnie najprzyjemniejszym tegorocznym zaskoczeniem. Chodzi o krążek "Autotheism" The Faceless. Jestem fanem dwóch poprzednich albumów tej grupy. Na nowe wydawnictwo musiałem czekać aż cztery lata. Byłem pełen obaw, bo ostatnio większość metalowych kapel zdecydowanie obniża loty. Albo odcinają kupony od popularności, wydając płyty podobne do swoich poprzedniczek, albo nie radzą sobie kompozycyjnie i koncepcyjnie, co kończy się tym, że nowych albumów zwyczajnie nie da się słuchać bez zażenowania.
Liderem i spiritus movens The Faceless jest Michael Keane, gitarzysta, kompozytor i producent, który przyczynił się też do popularności m.in. kapeli Veil of Maya. Nagrał z zespołem krążek kompletny. Dla kogoś, kto - podobnie jak ja, wychowany jest na ciężkim rockowym graniu - to sam miód, rarytas dla uszu.
Płyta zaczyna się bardzo zwodniczo kilkoma akordami fortepianu, które przechodzą płynnie w zagrywkę kwartetu smyczkowego, potem zaczyna się jazda. To koncept album, sama esencja metalu. Jest tu wszystko: wszystkie możliwe rodzaje darcia papy, instrumentalna wirtuozeria, elementy pastiszu, megaciężkie riffy, kapitalne partię bębnów. Keane'owi udało się na tym albumie podsumować całą historię metalu, od lat 70-tych do współczesności. Dla mnie to płyta roku, a może nawet kilku najbliższych lat. Absolutna rewelacja. Polecam, nie tylko miłośnikom łomotu.
The Faceless - "Autotheism" 2012
here
poniedziałek, 13 sierpnia 2012
Skrzydła
Byłem święcie przekonany, że Lisa Gerrard i Brendan Perry nigdy już niczego razem nie nagrają. Tymczasem - 16 lat po ostatnim wspólnym albumie studyjnym - weszli ponownie do studia. Dead Can Dance to firma gwarantująca jakość, nastrój, patos, a przede wszystkim piękno. Można się było spodziewać tylko najlepszego, ale cień obawy towarzyszył mi od pierwszych dźwięków. Znam solowe dokonania ich obojga, dlatego ciekaw byłem, w którym kierunku ten nowy krążek pójdzie. Czy zdominują go egzaltowane pienia Lisy, czy też zwycięży prostota i klimat Brendana?
Płyta pojawiła się w necie parę tygodni przed oficjalną premierą. Nic w tym dziwnego, sam zespół zachęcał do jej ściągania z oficjalnej strony DCD. Już po pierwszym przesłuchaniu wszystko stało się jasne. Zwyciężyła prostota (i bardzo dobrze). Słychać próby nawiązywania do starszych nagrań, są naleciałości etniczne, a produkcja jest tak selektywna, jak dawniej. Dla przeciwników takiego grania to odgrzewane kotlety, ale jak ktoś ma sentyment i lubi pofruwać przy podobnych dźwiękach, lepszych skrzydeł póki co nie znajdzie. Utworów jest tylko 8, wszystkie zdecydowanie powyżej radiowego standardu długości, tworzą w sumie prawie godzinną, spójną całość.
Od lat bardzo lubię Dead Can Dance. Zawiedziony nie jestem, ale też nie powiem, żebym posikał się z radości. Zdarzają się na tym krążku piękne momenty, mogące powodować ciarki na plecach, choć czuć trochę, że ta formuła jest zdeczka wyeksploatowana i jeśli zespół nie postara się przy pracy nad kolejnym wydawnictwem poszukać nowych środków wyrazu, fani się od niego odwrócą.
DCD - Anastasis [2012]
piątek, 22 czerwca 2012
Gojira
Pamiętam, że jako młody chłopak przeżywałem niesamowitą ekscytację, wybierając się na hit "Godzilla kontra Gigant". Stałem w długiej kolejce przed nieistniejącym już kinem Piast w Sieradzu, w gronie tak samo jak ja podnieconych kumpli z klasy. Seans był od 15 lat, a miałem 14. Trochę się martwiłem, czy starczy biletów, a ponadto czy mnie wpuszczą.
Udało się. Film mi się bardzo podobał, reszcie chłopaków również. Nie widziałem go już nigdy potem. Zapewne telewizja powtarzała go niejeden raz, ale nie dane mi było go obejrzeć. Może i dobrze. Podejrzewam, że teraz odczuwałbym niesmak i lekkie zażenowanie, że takimi bzdurami kiedyś się fascynowałem. Chociaż, parę lat temu obejrzałem nową, amerykańską wersję Godzilli, z Matthew Broderickiem w roli rozkojarzonego naukowca, który dziwnym zrządzeniem losu w ciągu dnia staje się bohaterem narodowym, ratującym kraj (a może i świat) przed atakiem gigantycznych potworów. Taki hollywoodzki schemat, przewidywalny do bólu, choć trzeba przyznać, że zrealizowany z rozmachem i dbałością o stronę wizualną. Efekty komputerowe zapierały dech w piersiach, chyba nawet ich twórcy dostali Oscara.
Kiedyś, w jakiejś małej księgarni, znalazłem książkę która posłużyła za kanwę scenariusza tego filmu. Kosztowała złotówkę (można często znaleźć książki na kilogramy), więc bez oporów kupiłem, tym bardziej, że nie miałem co czytać w pociągu. Pochłonąłem ją w kilka godzin, a ostatnio nawet przeczytałem drugi raz. Dobra, niezobowiązująca lektura, trzymająca w napięciu, idealny zabijacz czasu.
Amerykanie przywłaszczyli sobie japońską Gojirę. Pierwsze filmy o tym zmutowanym monstrum, siejącym postrach na ziemi i morzu, powstały w kraju kwitnącej wiśni, ale w świadomości większości widzów Godzilla to produkt zza oceanu.
Tymczasem swoją Gojirę mają też Francuzi. Na szczęście to nie kolejna wersja filmowego potwora, ale kapela metalowa. Karierę światową rozpoczęli z hukiem, otwierając koncerty Metalliki. Ich poprzednia studyjna płyta na długo zawładnęła moim Foobarem. Na kolejną kazali czekać aż cztery lata. Apetyt miałem wyostrzony i szczerze mówiąc, spodziewałem się ciosu, który jeśli mnie nie zabije, to przynajmniej powali na kolana. Niestety, album trochę rozczarowuje, nie jest tak nieprzewidywalny jak "The Way Of All Flesh" z 2008 roku, nie ma też na nim wyróżniającego się kawałka, który zapadłby na dłużej w pamięć.
Mimo wszystko trzeba przyznać, że kapela ma swój rozpoznawalny styl i brzmienie, o co w metalowym światku wcale nie tak łatwo. Dlatego, jeśli ktoś chciałby posłuchać, jak Francuzi radzą sobie z ciężkim brzmieniem, to voila:
Gojira 2012
czwartek, 19 kwietnia 2012
Impuls
Dawno nic nie pisałem, bo nie miałem impulsu. Aż przedwczoraj impuls się pojawił, w postaci ciekawego maila. Napisała do mnie właścicielka internetowej galerii, w której sprzedaję swoje prace. Byłem trochę zawiedziony, bo myślałem, że pojawił się jakiś klient, tymczasem rzecz dotyczyła zupełnie czego innego.
Pani z galerii była tylko pośrednikiem w wymianie informacji. Zwróciła się do niej redaktor naczelna jednego z nowych pism o psychologii z zapytaniem o możliwość zamieszczenia jednorazowo trzech zdjęć mojego autorstwa na łamach tejże gazety. Ani słowa o honorarium, jedynie wzmianka, że to forma promocji, bo pod pracami będzie widniało moje nazwisko. W załączniku była już umowa, a w ostatnim zdaniu polecenie wysłania zdjęć w dużej rozdzielczości na adres redakcji.
Tak, już, zadzieram kiecę i lecę. Wiem, jak wygląda specyfika pracy w gazecie, parę lat to przerabiałem. Wiem też dobrze, na czym gazety zarabiają. Pierwszy segment to sprzedaż, drugi to reklamy, trzeci - nie zawsze, ale często - to artykuły sponsorowane. Dziennikarze dostają pensje, płaci się drukarzom, nawet sprzątaczki redakcyjnie nieźle zarabiają. Zaciekawiło mnie, dlaczego obie panie - szefowa galerii i naczelna - nie pomyślały ani przez moment, że jako ilustrator tekstu (wynajęty bo wynajęty, ale zawsze) też powinienem dostać jakieś honorarium. Zajmuję się tym zawodowo, utrzymuję siebie i rodzinę, więc nie bardzo rozumiem, w jakim celu mam oddawać swoją pracę darmo.
Za wszystko się płaci. Dziecko przychodzi na świat i już za ten fakt rodzice muszą zapłacić, rejestrując jego istnienie w urzędzie. Tymczasem ja, korzystający z aparatu, którego nikt mi nie dał, tylko musiałem go kupić, płacący za prąd i paliwo (bo wiele zdjęć robię w plenerze), mam oddać za free owoce swojej pracy. To doprawdy bezczelne! Napisałem pani z galerii krótko i węzłowato, że nie zgadzam się na bezpłatne wykorzystanie moich zdjęć. Odpisała, że uprzejmie dziękuje za odpowiedź.
Myślałem, że na tym koniec. Gdzie tam! Chwilę potem odebrałem wiadomość od samej pani redaktor naczelnej. Pani Monika zwraca się z uprzejmym zapytaniem o możliwość zakupienia moich zdjęć, ale nie pyta o cenę, tylko proponuje swoją, głodową stawkę. Współpracowałem kilka lat temu z miesięcznikiem psychologicznym "Charaktery" i niezbyt miło wspominam ten okres, o czym nie omieszkałem nadmienić pani Monice. Dodałem też, ze niechętnie pozbywam się swoich prac, chyba że stawka jest interesująca, czego nie można było niestety powiedzieć o jej propozycji.
Minęła już ponad doba, pani Monika rozważa moje warunki, ale coś podskórnie czuję, że albo w ogóle się nie odezwie, albo napisze krótkiego maila, w którym zrezygnuje ze współpracy ze mną. Po czym nerwowo zacznie szukać następnego jelenia, gotowego za promocję w nikomu nie znanym periodyku psychologicznym udostępnić swoje prace bezpłatnie.
Na dole link, na uspokojenie nerwów, do króciutkiej, acz uroczej epki dwóch kosmitów.
Olafur Arnalds/Nils Frahm - Stare 2012
Arnalds/Frahm - Stare 2012 [EP]
PS. U góry jedna z prac, o którą tak zaciekle walczyła pani Monika.
środa, 7 marca 2012
Black Hole
Czasem motywy leżą przed samym nosem, wystarczy tylko być czujnym i mieć oczy szeroko otwarte. Byliśmy dzisiaj z Adą w Lęborku. Dostała skierowanie na USG brzucha, bo ma za wysokie ciśnienie i nie wiadomo skąd pojawia się gorączka. Zaparkowałem na błotnistym placyku koło pojemników na śmieci i obskurnych komórek na węgiel. Poszliśmy razem, żeby zobaczyć, ile jest osób i jak długo to potrwa. Zostawiłem Adę w poczekalni pełnej ludzi (masakra jakaś teraz, wszyscy chorują) i wyszedłem - jak to mówią - na miasto, poszukać jakichś nowych tematów do zdjęć.
Przychodnia jest w samym centrum miasta, niedaleko więc miałem na starówkę. Lębork to małe miasto, ale bardzo malownicze. Ma całkiem ładny deptak, z ambicjami europejskimi, ale poza tym niewiele. Zabudowa w centrum jest dosyć chaotyczna, ma to jednak swój urok, bo można trafić na niezłe perełki. Postanowiłem się poszwendać w starej, biednej dzielnicy koło kościoła. Światło było bardzo ładne, słońce dość mocne, ale już nisko, gdzieś godzinę przed zachodem.
Szedłem i szedłem, rozglądałem się, właziłem na podwórka, zapuszczałem się w ciemne bramy, i nic. Nie mogłem wypatrzyć niczego interesującego. Szukałem faktur, spękanych murów, ewentualnie jakichś industrialnych elementów, które mógłbym wykorzystać do wklejek, bo takie rzeczy teraz mnie kręcą. Po dwóch kilometrach i dwóch fajkach, a zimno było kurewsko, pierwszy raz wyciągnąłem aparat. W otoczeniu szarych kamienic, przy jednej z wąskich uliczek wypełnionych przekleństwami i szczekaniem wałęsających się kundli, nagle wyrósł pomarańczowo-czerwony budyneczek - siedziba jakiejś prywatnej firmy. Kontrast był tak duży, że aż uśmiechnąłem się pod nosem. Zrobiłem kilka zdjęć i ruszyłem dalej.
Umówiliśmy się, że jak Ada będzie wchodzić do gabinetu, zadzwoni do mnie, żebym miał czas do niej wrócić. Tymczasem nie dzwoniła. Przy głównej ulicy sfotografowałem kilka detali architektonicznych, obcykałem ze wszystkich stron muzeum z pruskiego muru, zrobiłem małe zakupy w cukierni i zaczynałem powoli wracać do samochodu, bo słońce już zachodziło. Po drodze na parking wszedłem jeszcze na parę odrestaurowanych podwórek, ale nic specjalnego tam nie znalazłem.
Wkładając torbę ze słodyczami do samochodu kątem oka zerknąłem na zniszczone okno jednej z komórek przy parkingu. Jakiś niegrzeczny dzieciak stłukł kamieniem szybę, a dziura w zaskakujący sposób swoim kształtem przypominała Polskę! Wyglądało to mniej więcej tak, jak u góry. Światła było już bardzo mało, musiałem zwiększyć ISO i starać się utrzymać rękę w bezruchu przez 1/8 sekundy. Od czasu, jak zostawiłem Adę w przepełnionej poczekalni, minęło półtorej godziny. Zjadłem parę ciastek, zapaliłem papierosa i przyglądałem się ogromnej chmarze gawronów, która krążyła nad miastem. Były ich tysiące! Nagle przeleciały nade mną i zaczęły bombardować. Pierwsza kupa spadła na dach auta, druga na maskę, trzecia pacnęła pół metra ode mnie. Szybko schowałem się do środka. Ledwo zamknąłem drzwi, usłyszałem stuki na dachu - ewidentny przykład dobrej pracy ptasich jelit.
Zadzwoniła Ada. Za pięć szósta pan doktor wyszedł i powiedział, że pacjenci mogą już nie czekać, bo nikogo więcej nie przyjmie. Specjalnie przyjechaliśmy wcześniej, żeby się jeszcze załapać, a tu - po prawie dwóch godzinach czekania - mamy wracać z kwitkiem...Na szczęście zmienił zdanie, po zrozumiałych protestach. Adzie nic nie dolega.
Przed powrotem do domu wytarłem papierem ptasie kupy.
Do posłuchania stary dobry Soundgarden, z uwielbianym przeze mnie kawałkiem "Black Hole Sun".
Soundgarden - Superunknown
niedziela, 19 lutego 2012
Off kurs
Photoshopa znam od ponad 15 lat. Z chęcią podzieliłbym się swoją wiedzą, ale okazuje się, że nie jest to wcale takie proste. Ponad rok temu zrodził się pomysł poprowadzenia kursu PS-a w Warszawie, na prestiżowej uczelni. Był napisany program, bardzo szczegółowy, obejmujący nie tylko obsługę programu, ale również historię sztuki, a nawet rozwój świadomości twórczej. Nie ma i nie było takiego programu w Europie, podejrzewam, że to inicjatywa nowatorska w skali światowej.
Uczelnia służyła lokum i sprzętem, ale chyba nie doceniała wagi zagadnienia, bo jakoś nie mogli się znaleźć chętni. Ciągle coś nie pasowało; a to terminy, a to koszt kursu, a to ilość godzin. Wydawało mi się, że szkole (i to takiej szkole, cenionej w całym kraju) powinno zależeć na rozwijaniu umiejętności swoich uczniów, tymczasem termin kursu ciągle się przesuwał, do - jak się okazało - nieokreślonego nigdy.
Niby nic prostszego: zainwestować parę tysięcy w reklamę w branżowych periodykach, wrzucić kilka płatnych banerów na portale fotograficzne, a chętni będą walić drzwiami i oknami. Koszty na pewno się zwrócą, bo cena kursu była dość wysoka.
Nie walili. Pomysł upadł, rozpłynął się w morzu innych spraw. Ale tak bywa, że włożona energia nie idzie na marne. Gdzieś po pół roku dostałem telefon w sprawie poprowadzenia szkolenia z PS-a. Też w Warszawie, też na prestiżowej uczelni. Wysłałem program szkolenia, swoje bio i czekałem, co się z tego urodzi. Szanse były duże, nawet większe niż poprzednio, bo projekt miał być częściowo finansowany z funduszy unijnych, a sami kursanci mieli wnieść symboliczną wręcz opłatę. Cena trzydniowego kursu była śmiesznie niska, dlatego wydawało mi się, że znalezienie chętnych nie powinno przysparzać żadnych problemów.
Nic bardziej mylnego! Byli zainteresowani, jak najbardziej, ale odchodzili z kwitkiem. W praniu wyszło, że kurs adresowany jest do małych i średnich przedsiębiorców. Od biedy znalazłoby się dziesięciu chętnych, niestety kolejna bariera - nie do przeskoczenia - skutecznie ich odstraszyła. Chodziło o to, że w szkoleniu mogą uczestniczyć tylko mieszkańcy Warszawy i okolic. W ten sposób unijne pieniądze, które można było kreatywnie wykorzystać, z pożytkiem dla głodnych wiedzy, mówiąc krótko - poszły się jebać.
Najśmieszniejsze w tym wszystkim było to, że sam musiałem szukać zainteresowanych, a szkoła umieściła tylko ogłoszenie na swojej stronie (oczywiście udostępniała też lokum i komputery). Pisało do mnie wiele osób, byli nawet w stanie przyjechać z drugich końców Polski, niestety musiałem poinformować, że kursu nie będzie.
Zniechęcony tymi instytucjonalnymi bzdurami postanowiłem wziąć sprawy w swoje ręce i zorganizować na początek jakiś kameralny kurs, nawet u kogoś w domu. Odezwałem się do dziewczyny, która była wcześniej zainteresowana szkoleniem, czy w Poznaniu - gdzie mieszka - udałoby się skrzyknąć grupę 3-4 osób. Entuzjazm, zapał, czad... i gówno z tego wyszło. Byłem w stanie nawet dojechać te kilkaset kilometrów, niestety znowu zabrakło chętnych.
Nie wiem, może źle się za to zabieram, może nie czas jeszcze na to, żeby uczyć...
Pociesza mnie zawsze ta sama myśl - robić swoje, niezależnie od okoliczności.
* * *
Długo czekałem na nową płytę uwielbianej przeze mnie deathcore'owej kapeli Veil of Maya. Najpierw ukazał się singielek promujący krążek, a po paru dniach bach! - jest.
Technicznie na najwyższym poziomie. Dopieszczone produkcyjnie, perfekcyjnie zagrane, ale czegoś mi tutaj brakuje. Być może oczekiwałem kompozycyjnego majstersztyku, tymczasem mamy tu sprawdzone patenty, ale ograne już na dwóch poprzednich albumach. Zachwycony nie jestem, ale też i nie zawiedziony. Mniej więcej wiedziałem, czego się spodziewać, ale zawsze pozostaje pewien niedosyt. Z nowych elementów wychwyciłem ciekawe wykorzystanie klawiszy, poza tym reszta po staremu. Mimo wszystko to kawał solidnego napierniczania, na tyle oryginalny i mocny, że warto się nim podzielić.
Veil Of Maya - Eclipse (2012)
Veil of Maya - Eclipse
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)






