czwartek, 3 sierpnia 2023

Droga tania

 

Zrobiłem niedawno pewien eksperyment, wystawiłem tę pracę na sprzedaż w jednym, kolekcjonerskim egzemplarzu. Taki zabieg wpływa na cenę, wydruk jest tylko jeden, metr na metr, na srebrnym płótnie, potem oryginał zdjęcia trafia do kosza. 

Wyceniłem tę pracę na niebagatelną sumkę 10 tysięcy funtów.

Oglądalność była duża, znacznie większa od mojej średniej, i to nie tylko za sprawą atrakcyjnej modelki, ale i kwoty. 

Po trzech dniach anonimowy klient z Brazylii dodał "Ledę" do koszyka. Procedura zakupu jest podobna jak na allegro, miał tydzień na podjęcie decyzji. Czekałem z ekscytacją, jakiej dawno nie odczuwałem (magia pieniądza). 

Nie kupił.

Wiadomo, rzeczy mają taką wartość, jaką im nadajemy. Tyle coś jest warte, ile ktoś jest w stanie za to zapłacić. Widocznie dla tego Brazylijczyka ta praca była tyle warta, skoro brał pod uwagę możliwość jej kupienia.

I bądź tu mądry. 

Jedni mi mówią, że sprzedaję za tanio, inni się targują. W świecie fotografii rzeczy się mają podobnie jak w środowisku malarskim. Wystawy, nagrody, dorobek - to wszystko wpływa na cenę. Są artyści modni, którzy wykorzystują popyt na ich prace, windując ceny. Inni cenią się aż nadto. Sumy, jakie czasami widuję przy pracach młodych twórców, zbijają z nóg. I, co ciekawe, niektóre z tych prac się sprzedają.

Trzeba i robić swoje, i się cenić. I czasami robić przeceny, bo to towar, jak każdy inny, a wielu klientów można skusić obniżką, okazją, poczuciem wyjątkowej sytuacji.

Wiele prac rozdaję, wychodząc z założenia, że lepiej niech wiszą na czyjejś ścianie, zamiast kurzyć się u mnie w kącie.

 

Muzyczną oprawą tego posta zajmie się Marco Minnemann, genialny perkusista, który wydał niedawno solową płytę.

Sakamoto 

piątek, 28 lipca 2023

Raszyci

 


Znajomi znają moją fascynację Rushem. Zacząłem go słuchać za sprawą Grzybka, mojego nieżyjącego już przyjaciela, od płyty "Hemispheres" z 1978 roku. Niełatwa to była muzyka dla kogoś przyzwyczajonych do prostych, rockowych riffów, jakich wtedy słuchałem. Dodatkowo irytował mnie wokalista, drący papę falsetem.

I nagle, po kilku przesłuchaniach, załapałem o co chodzi w tym graniu (podobnie miałem później z jazzem). Mogę śmiało powiedzieć, że Rush odmienił moje podejście do muzyki. Otworzyłem się na eksperymenty, dziwne dźwięki, zmiany konwencji - mówiąc krótko - oryginalność. 

Podział na muzykantów i artystów, co do którego coraz bardziej jestem przekonany, uwidocznił się już chyba wtedy. Znam wielu muzykantów, słucham dużo, szeroko, jestem otwarty. Artyści pojawiają się rzadko, nowi to już w ogóle wydarzenie. Dlatego wracam i do Rushu, i do starego Genesis, a nawet do Franka Sinatry (to drugi mój ulubiony Franek, po Zappie, wiadomo).

Sinatra 

Ten utwór to szczytowe osiągnięcie. Szczerość, emocje, słowa. Przede wszystkim słowa. Dlaczego teraz nie pisze się takich piosenek? Bo ludziom skurczyły się dusze. Prym przejęła materia i egotyzm. O czym można śpiewać dla egoistów? Chyba tylko o ego. 

A to mój tribute, podziękowanie i hymn pochwalny dla Rushu, który, jak mówiłem, odmienił moje życie:

Rasz 


 

środa, 26 lipca 2023

Erudycja

 

Historia sztuki pokazała, że aby stworzyć coś nowego, rewolucyjnego, trzeba zerwać z akademizmem, odciąć się od tradycji albo próbować ją ośmieszyć. Tak było z pierwszymi dokonaniami impresjonistów, zarówno malarskimi, jak i muzycznymi. 

Fotografia to dziedzina sztuki stosunkowo młoda, nadal przez wielu traktowana po macoszemu, czasem wręcz z pogardą. No bo czy pstryk może być dziełem sztuki? Powoli to się zmienia. Odbitki, czy coraz częściej wydruki, sprzedawane są na aukcjach obok obrazów olejnych i rzeźb za coraz lepsze pieniądze. Mechanizmy działają tu podobnie, nie sposób stworzyć w tej materii czegoś nowego, nie nawiązując do tradycji. A tradycja była czarno-biała, do tego analogowa, na kliszy i papierze. Już pierwsze zdjęcia kolorowe były świętokradztwem.

Zdjęcia cyfrowe to osobny temat. Są kolorowe na wejściu, a możliwość ingerowania w nie i wykorzystywania do swoich celów otworzyła przed miłośnikami fotografii kreatywnej wręcz nieograniczone możliwości. 

W momencie powstania programów edycji zdjęć, otworzył się nowy obszar, którego rozwój trudno teraz ocenić. Korzystam z tych możliwości od prawie 30 lat, działając w Photoshopie. Często nawiązuję do dzieł starych mistrzów, cytuję je nienachalnie albo parodiuję. Bazuję też na klasycznych zasadach kompozycji. Najpierw jednak musiałem je poznać. Interesuję się sztuką od dawna, uczyłem się o niej w szkole. Ta wiedza i pomaga, i przeszkadza. Z jednej strony daje pewne wzorce, utrwalone przez stulecia, zakorzenione w naszej świadomości i kulturze, z drugiej paraliżuje, bo im więcej się oglądało, tym bardziej dojmujące jest przekonanie, że wszystko już było i niczego oryginalnego się nie stworzy.

Wiedział o tym już Picasso, który stwierdził w swoim bezpośrednim, brutalnym stylu, że "wielcy artyści kradną". Kradną pomysły, przepuszczają je przez siebie i dają światu jako wytwory własnej wyobraźni i wrażliwości. Dlatego trzeba oglądać, słuchać, czytać, by dostarczać sobie inspiracji i energii. 

Słucham sobie teraz najnowszej płyty The Zenith Passage "Datalysium", i to ona skłoniła mnie do tych rozmyślań o erudycji, znajomości kultury i przywiązaniu do tradycji. 

To wszystko już było - historia muzyki rockowej w pigułce. I klimatycznie, i dynamicznie, świetna produkcja i nawiązania do mistrzów typu Necrophagist czy The Faceless. Mimo tego, a może właśnie dzięki temu, że to osłuchani muzycy, nagrali dojrzały krążek, bez dwóch zdań najlepszy w ich karierze.

Cały album do posłuchania tutaj:

TZP

Kiedyś posądzony zostałem o plagiat. Zrobiłem montaż bazujący na korzeniach z Jeziorska, podobny do tego poniżej. Ktoś zarzucił mi, że kopiuję Jerry Uelsamanna. Pierwszy raz w życiu usłyszałem to nazwisko. Okazało się, że nasze myślenie fotograficzne jest podobne. Nie czułem się winny, działałem na nieświadomce. Nie sposób znać dokonania wszystkich. Ale dobrze znać ich jak najwięcej.


 

poniedziałek, 17 lipca 2023

Angole

 


Jeszcze niedawno byłem przekonany, że angielska muzyka rockowa się skończyła. Ominęły mnie te wszystkie Blury i Oasisy, do tego szerokim łukiem. Nowa scena metalowa nie zaskakiwała niczym, poza nielicznymi wyjątkami, typu Akercocke, ale generalnie czułem, że serce współczesnego rocka bije gdzie indziej. Częściej w Europie Wschodniej niż za oceanem czy na wyspach.

I wtedy wchodzi na scenę Black Midi, całe na biało. "Schlagenheim", ich debiutancka płyta z 2019 roku, urzekła mnie dziką energią, warsztatem, dojrzałością i szacunkiem dla anglosaskiej tradycji. Słychać, że przeżuli i Hendrixa, i Crimsonów (nagrali nawet potem kilka ich coverów), całego punka i zimną falę. Mimo tego bagażu, ci młodzi kolesie stworzyli nową jakość. Nikt tak wcześniej nie grał, i o to chodzi. 

Koncerty mają kapitalne, widać świetne zgranie i sceniczne szaleństwo. Jest w tym dzikość, świeżość, jakiś rodzaj uniesienia, który mnie przekonuje. Oto pierwszy z występów na żywo, który zobaczyłem.

Reykjavik

Do tej pory ta młoda kapela na na swoim koncie trzy studyjne albumy, jedną antologię, epkę z koncertem w KEXP i kilka płyt koncertowych.

Wydawałoby się, że po tak spektakularnym debiucie, jakim był "Schlagenheim", nie da się nagrać niczego lepszego. Tymczasem dwie kolejne płytki są nawet wyżej oceniane od pierwszej. Widać niesamowity potencjał i rozwój, aż nie mogę się doczekać kolejnej.

A tu przykład ewolucji kapeli. Znowu koncert dla KEXP, tyle że dwa lata późniejszy. Petarda z czasów plandemii:

Black Midi - KEXP home 

W metalu też coś się ostatnio ruszyło. Ashenspire to kapela powstała w Glasgow 10 lat temu, z dorobkiem - póki co - dwóch krążków. 

Najnowszy nie bierze jeńców:

Ashenspire - Hostile Architecture

Jest nadzieja.


 

 

wtorek, 4 lipca 2023

Wolna jak ptak

 


Meshell Ndegeocello. 

Co za dziwne nazwisko.

Amerykańska, ciemnoskóra basistka i wokalistka. Urodzona w Berlinie. 

Pamiętam pierwszy kontakt z jej muzyką. Ponad 20 lat temu, sklep muzyczny w Pabianicach. Pisałem wtedy recenzje do lokalnej gazety. Płyty pożyczałem w ramach reklamy. Wchodzę do tego sklepu, a z głośników, dość głośno, leci energetyczne funky. Kapitalna produkcja, nigdy czegoś podobnego nie słyszałem.

Pytam sprzedawczyni, zaintrygowany i podekscytowany:

- Co to jest?

- Ndegeocello.

- Co?

- Ngedeocello - powtarza.

- Pokaż okładkę.

To była płyta "Peace Beyond Passion", druga w dorobku. Moim zdaniem najlepsza. Pierwsza, "Plantation Lullalbies", też jest świetna. Niestety, tylko te dwie są funkowe, energetyczne, potem się zaczął długi okres smęcenia, jakieś niedorobione duby, banalne balladki z gitarą akustyczną.

Byłem na jej koncercie we Wrocławiu, z Przemasem. Zrealizowałem wtedy jedno z muzycznych marzeń, żeby usłyszeć ją na żywo. 

Czasem lepiej nie realizować marzeń, bo występ to była totalna porażka. Grała z jakimiś młodymi kolesiami, którzy do pięt jej nie dorastali, sama też nie była w najlepszej formie. Wyglądała na chorą. Wytrzymaliśmy dosłownie kilka kawałków, a potem poszliśmy zniesmaczeni i rozczarowani na piwo.

Sentyment do Ndegeocello nadal mam. Dzielę się ze znajomymi tymi pierwszymi płytami, czasem do nich wracam i słucham z przyjemnością.

Oto perełka, ostatni kawałek z drugiej płyty. Zainspirował mnie do skomponowania własnej piosenki, wkrótce premiera.

Meshell

poniedziałek, 26 czerwca 2023

Kobity czy faceci?


 

Odwieczny dylemat, która płeć jest lepsza. 

Zależy w czym. 

O muzyce się tu rozpisuję, trochę o fotografii, ale jednak głównie o muzyce, której słucham nałogowo od najmłodszych lat. Nie wzięło się to znikąd - ojciec miał szpulowca ZK 140, nagrywał z radia koncerty, słuchał Sinatry, Krawczyka, Niemena. Dziecko przesiąka tymi dźwiękami, choćby nie chciało, i w dorosłym życiu dociera do ścieżek, którymi wcześniej chodzili rodzice. A bywa, że dociera dalej, jak to się stało w moim przypadku.

Nie pamiętam, czego mama słuchała, ale wiem, że lubiła ładne melodie. Uwielbiała Wodeckiego. 

Na pewno nie nagrywała koncertów.

Z pieniędzy zarobionych w swojej pierwszej pracy kupiłem dwukasetowy magnetofon Grundig, żeby móc przegrywać muzykę od znajomych. Ciągle miałem mało. Doszło do tego, że większość kasy przeznaczałem na kompakty i koncerty. Opamiętałem się w porę, zrobiłem sobie kilkumiesięczny detoks. Żadnej muzyki. Nie włączałem magnetofonu, choć mnie niejednokrotnie kusiło, nie słuchałem radia, nie wspominając o zakupach muzycznych. Zero, nic. 

I okazało się, że można bez tego żyć. 

Nie poschizowałem się, nie umarłem.

Teraz potrafię żyć bez dźwięków, ale nie mam takiej potrzeby ani sytuacja mnie do tego nie zmusza, więc delektuję się coraz to nowymi odkryciami, traktując to jak karmę dla ducha.

No i tak. Wczoraj natrafiłem na awangardową kapelę z Włoch o nazwie Ottone Pesante. Styl mają niezwykły i oryginalny - oprócz klasycznego rockowego zestawu, czyli gary, bas i gitary, tu dochodzi jeszcze rozbudowana sekcja dęta, która w muzyce Włochów odgrywa, mówiąc kolokwialnie, pierwsze skrzypce. Generalnie naparzają instrumentalnie, ale w jednym z kawałków anielskiego głosu użyczyła koleżanka z zespołu Messe, niejaka Sarah Bianhin. Powstała nowa jakość, ciężki doom z łagodnym, kobiecym wokalem. Obejrzałem koncert macierzystej kapeli Sary i muszę przyznać, że to piękna, utalentowana młoda kobieta. Typowa Włoszka - długie kręcone ciemne włosy, cała na czarno. Do doomu jak znalazł. 

Dwie rzeczy przyszły mi do głowy. Te Messe wcale taka oryginalna nie jest, bo podobne eksperymenty - łączenia metalu z delikatnym damskim "cleanem" robiło 20 lat temu The Gathering. No i niestety wokalistka odstaje in plus od reszty zespołu. Może kiedy się rozegrają, zarobią trochę kasy na dobre studio i drogiego realizatora, doczekam prawdziwej Messe.

Owszem, uroda jest ważna. Ale jestem pewien, że to faceci z Ottone Pesante wpadli na pomysł tej współpracy, żeby ocieplić trochę wizerunek dołujących metalowców i dodać do swojej energii odrobinę kobiecego pierwiastka. Dopiero razem to tworzy jedność, co słychać. 

Ottone Pesante i Sarah Bianhin

Wracając do kobiet i mężczyzn w muzyce.  

sobota, 24 czerwca 2023

1976

 


Ten rok był wyjątkowy dla muzyki. Nie wiem, co się na to złożyło, czy nowe możliwości technologiczne, czy po prostu wisiało coś w powietrzu. W 1976 był niespotykany wysyp znakomitych płyt. Bywały później podobne lata, np. 1996 czy 2004, ale nigdy na taką skalę.

Idąc tropem roku, szperałem na rateyourmusic, koncentrując się głównie na rocku i jazzie (plus pochodne). Widząc właściwą datę, odpalałem płytkę na Youtubie i rzadko byłem rozczarowany, mało tego - zdarzyło się parę odkryć, które sprawiły mi wielką radochę. Bywało, że akurat którejś płyty nie było, aż dziwne, bo tyle szitu można znaleźć w necie, a wartościowej muzy trzeba się naszukać. 

Może i dobrze, prawdziwe diamenty ukryte są w cieniu. 

 

Mam kilka swoich ulubionych albumów z 76-go:

 

Genesis - Trick of the Tail

Stevie Wonder - Songs in The Key Of Life

Jean Michel Jarre - Oxygene

Return To Forever - Romantic Warrior

Bob Marley & The Wailers - Rastaman Vibration

J J Cale - Troubadour

Frank Zappa - Zoot Allures 

Alas - Alas

Gong - Shamal i Gazeuse! (tu nawet dwie)

George Benson - Breezin'

Herbie Hancock - Secrets

Sigmund Snopek III - Roy Rogers meets Albert Einstein. 

 

Można by tak wymieniać w nieskończoność. Kiedyś zrobiłem sobie playlistę z płyt wydanych w 1976 roku. Towarzyszyła mi podczas pracy ponad tydzień, nie słuchałem niczego innego.

Zaintrygował mnie ten Sigmund Snopek III, to niedawne odkrycie, sprzed kilku miesięcy. Aż parsknąłem śmiechem, kiedy zobaczyłem na Youtubie to nazwisko. Algorytmy wylosowały mi wcześniejszą płytkę, też zacną, ale Einstein wbił mnie w fotel.

Myślałem: jak to możliwe, że taka zajebista muzyka jest tak mało znana? Jak to możliwe, że tego wcześniej nie słyszałem? 

Informacji o Snopku trochę w necie jest, ale wolałem wymyślić sobie jego historię. Tak powstał tekst do tego utworu:

klimas -sigmund-snopek-trzeci



 

środa, 21 czerwca 2023

Powrót do przeszłości

 


Obserwując to, co się dzieje i w muzyce, i w fotografii, jak i w wielu dziedzinach życia, dochodzę do wniosku, że tylko powrót do przeszłości może nas uratować. Nowe oferuje mi tylko unifikację - wszyscy chcą być tacy, jak ci, którzy odnieśli sukces, w jakiejkolwiek dziedzinie. To przerażające, jak zanikła prawie potrzeba wyróżniania się, oryginalności, autentyczności. 

Jestem zapalonym słuchaczem. Ciągle poszukuję nowej muzyki, codziennie sprawdzam premiery muzyczne, szperam po Youtubie, często zaglądam do muzycznych encyklopedii, żeby znaleźć jakiś nowy, ekscytujący trop. A to tylko dlatego, że współczesna muzyka (poza nielicznymi wyjątkami) jest najczęściej miałka, wtórna i denerwująca. Kolejne pokolenia dają się nabrać na naśladowców, którzy zżynają ze starych mistrzów i nawet się z tym nie kryją. 

Pamiętam, jaka była rozpacz, jak umarł Coolio. Młodzi przeżywali jego śmierć, jak by co najmniej odszedł Bach. Tymczasem największym przebojem kolesia, który nagrał kilkanaście płyt autorskich, był Gangsta Paradise, cover Steviego Wondera, nagrany w oryginale blisko pół wieku temu. Podobnie ma się rzecz ze Snoppem i przeważającą większością sceny rapowej. 

W fotografii widać podobne zjawisko. Hipsterzy płacą koszmarne pieniądze za udział w warsztatach Brodziaka czy Drewniaka. Tyle że nie po to, by rozszerzyć swoje horyzonty czy poznać nowe techniki. Płacą kokosy za to, by nauczyć się robić prace takie, jak oni. To by może nawet było śmieszne, gdyby nie było żałosne.

Nie zapomnę sytuacji ze swojego życia. Po moich warsztatach photoshopowych jeden z kursantów zaczął wrzucać do netu prace, które wyglądały jota w jotę, jak moje. Kiedy zapytałem, dlaczego nie chce wypracować własnego stylu, odpowiedział, że najbardziej podoba mu się mój styl. 

Skapitulowałem.

Takie smutne refleksje naszły mnie podczas burzy i słuchania Swordfishtrombones starego dobrego Waitsa.  Nic się te dźwięki nie zestarzały. Wcześniej puszczałem jakąś nową metalową kapelę z Kanady, ale przy spadającym ciśnieniu i siąpiącym deszczu zwyczajnie zaczęła mnie wkurwiać.

I tak ze wszystkim. 

Najnowsze samochody wyglądają tak samo, przy słabym świetle nie odróżnisz nowego Audi od najnowszej Toyoty. 

Ciuchy? To samo. Małolaty płacą stówę za t-szirt, bo reszta klasy już taki ma i nie wypada odstawać od reszty. 

To pierdolnie, jak nic. 

Kwestia czasu.


down down down

sobota, 17 czerwca 2023

Warsztat


 

Sezon warsztatów fotograficznych uważam za otwarty. 

W poniedziałek 10 lipca spotykamy się w pięknie odrestaurowanym, zabytkowym pałacu w Pstrokoniach, 8 kilometrów od Zduńskiej Woli.

http://palac-pstrokonie.pl/

To idealne miejsce na odpoczynek od miejskiego zgiełku i skoncentrowanie się na twórczej pracy. Stylowe apartamenty, piękne meble, przestrzenne i jasne wnętrza, malowniczy park. Mam nadzieję, że wszystkie te elementy przysłużą się do stworzenia niezapomnianych kadrów i miłego spędzenia dnia.

Towarzyszyć nam będą dwie modelki - brunetka i blondynka, a celem warsztatów jest szeroko pojęta zmysłowość kobiety. Postaram się przekazać kursantom, jak współpracować z pozującą dziewczyną, w jaki sposób wykorzystać naturalne światło, jak posługiwać się rekwizytami, jakich błędów unikać.

Zawsze podkreślam, że zadaniem fotografa jest podkreślenie atutów modelki i umiejętne maskowanie jej mankamentów. Nie ma ludzi niefotogenicznych, są tylko nieporadni fotografowie. Od lat szukam kobiecego piękna, bywa że zaczepiam dziewczyny na ulicy albo proponuję sesje ekspedientkom w sklepach. Co ciekawe, wiele z nich się zgadza. To najczęściej amatorki, które przed obiektywem rozkwitają, zaskakując tą metamorfozą zarówno mnie, jak i same siebie. 

Robiłem zdjęcia blisko stu kobietom w różnym wieku, i żadna z nich nie wyszła z mojej pracowni zawiedziona efektami.

Fotografowanie półnagiej kobiety to sprawa bardzo intymna. Trzeba stworzyć odpowiedni nastrój, nie śpieszyć się, nawiązać bliską więź. Przypomina to trochę kameralny teatr, z jedną aktorką i fotografem w roli reżysera.

Bez fałszywej skromności mogę stwierdzić, że odmieniłem życie niejednej kobiety, robiąc jej zdjęcia. Rzecz w tym, że taka sensualna sesja to nie tylko zdjęcia, to rozmowa, wzajemne poznawanie się, budowanie zaufania i dobrej relacji. Dopiero wszystkie te elementy wpływają na to, że powstają dobre zdjęcia.



środa, 15 lutego 2023

Zaburzona symetria


Powstaje nowy cykl fotograficzny, w kolorze, zainspirowany refleksami światła na morskich falach. Broken symmetry - po angielsku brzmi to chyba lepiej. 

Często słyszę pytanie: skąd biorę pomysły? Czym się inspiruję? 

Już odpowiadam - obrabiając zdjęcia znad morza, skleiłem ze sobą symetrycznie dwie połówki. Załamania fal utworzyły niemal realistyczną głowę konia. Idąc tym tropem, tworzyłem kolejne symetryczne prace, szukając punktów zaczepienie dla wyobraźni i doszukując się realnych kształtów. W ciągu niecałych dwóch miesięcy powstało blisko 60 kompozycji, z których prawdopodobnie jesienią zrobię wystawę. Kilka z tych prac już się sprzedało, co świadczy o tym, że fascynacja złamaną symetrią nie dotyczy tylko mnie. 

Najczęściej dodaję jakiś element, który tę symetrię burzy, żeby zostawić ślad własnej kreatywności i obalić zarzuty, że to tylko mechaniczne zestawienie dwóch zdjęć, wykonane za pomocą komputera. 

Inspiruję się naturą, podkreślam to od dawna. Niczego nie trzeba wymyślać, wystarczy uważnie obserwować i wyławiać dla siebie interesujące tematy. Moim zadaniem jest tylko nadanie pracy estetycznego wyglądu, zadbanie o kompozycję i właściwe proporcje.

Działam wielotorowo - oprócz zdjęć, zajmuję się też komponowaniem muzyki i obróbką dźwięku. Żartuję, że odkryłem kamień filozoficzny, bo potrafię poradzić sobie z najgorszej jakości nagraniem i odpowiednią obróbką (z wykorzystaniem matematyki - algorytmów) doprowadzić do tego, by utwór nadawał się do słuchania. 

Gram na perkusji w kilku składach, co jakiś czas organizuję muzyczne spotkania, podczas których improwizujemy, odkrywając siebie i nowe obszary muzyki. Nagrywam wszystko, czasami nawet dwoma rejestratorami, by mieć potem większe możliwości edycji.

Nie gramy tylko - jak to się mówi - sobie a muzom. Co jakiś czas udostępniam na Youtubie efekty tych spotkań, i będę to jeszcze jakiś czas robił, bo nagrań jest cała masa, trzeba je tylko wyselekcjonować i odpowiednio przygotować.

Największą frajdę sprawiło mi muzykowanie z Tomkiem Kosakowskim, wielostronnie uzdolnionym muzykiem, którego poznałem przez Rusia, mojego kumpla z zespołu Dymy. Tomek przyjeżdżał do nas na próby, żeby sobie pograć. Znałem go jako gitarzystę o inklinacjach bluesowych, tymczasem nagrana u niego w domu sesja pokazała, że ma też inne oblicza i jest muzykiem uniwersalnym. Chyba najlepszym, z którym grałem. 

Wyjątkowo nie grałem na perkusji, a na kaossilatorze, malutkim (wielkości dwóch paczek papierosów) syntezatorze Korga, podłączonym pod domowy wzmacniacz i kolumny od archaicznej wieży. Bawiliśmy się brzmieniami, Tomek grał na kilku gitarach, basie i klawiszach. Powstała muzyka elektroniczna, oparta na rytmie i efektach. 

Tym sposobem, w jeden wieczór 12 listopada zeszłego roku, nagraliśmy naszą pierwszą płytę. Krążek CD mieści 78 minut, materiału było ciut ponadto. Po wstępnej selekcji zostało 30 miniaturek muzycznych trwających razem blisko godzinę. Nazwaliśmy je "Migawki". 

Nazwę zespołu wymyślił Tomek, bardzo mi się podoba. Wszystkie utwory mają polskie tytuły i dotyczą Polski. 

Edycją dźwięku i projektem okładki zająłem się osobiście. 

Zamierzam wydać tę płytę w dużej wytwórni, na dniach wysyłam demo.

POL - Migawki

poniedziałek, 23 stycznia 2023

Czarna godzina



Był rok 1997, pracowałem wtedy w sklepie muzycznym na PKS-ie w Sieradzu. Pewnego dnia zajrzał do mnie długowłosy blondynek po dwudziestce i zaczął przeglądać kasety z nagraniami wirtuozów gitarowych. Próbowałem mu coś polecić, ale kręcił nosem na wszystko, co mu zaproponowałem. W końcu znalazł jakiegoś Malmsteena. Zaczęliśmy rozmawiać o muzyce. Przyznał się, że gra na gitarze, ćwiczy po 12 godzin dziennie, zasypia z instrumentem. 

To był Boguś Balcerak, dla kumpli Bibas. Wtedy jeszcze nieznany, popularny jedynie w środowisku najbliższych kolegów, najczęściej pasjonatów gitary. Następnego dnia przyszedł do nas na próbę. Grałem wtedy w kapeli Funk Loop. W przerwie ustaliliśmy, że zagramy coś wspólnie, najlepiej jakiegoś bluesika. Po pierwszych dźwiękach wiedziałem, że mam do czynienia z wybitnym gitarzystą. Gapiliśmy się z rozdziawionymi gębami, co Boguś wyczynia na gitarze. 

Zaprosiłem go do współpracy. Nagrywaliśmy w domu, z małego piecyka, zwykłym komputerowym mikrofonem. Bibas był pod wrażeniem technologii (nagrywał dotąd na magnetofonie wielośladowym). Grał niesamowicie, nie widziałem nigdy takiego wirtuoza. Był perfekcyjny, potrafił zagrać z pamięci skomplikowane pasaże, instrument dosłownie żył mu w rękach. Wykorzystałem wiele z jego zagrywek i solówek w moich solowych projektach. Oto próbka:

Klimas - Funkomas

Miesiąc temu, robiąc porządki w czasie remontu, znalazłem CD z tymi nagraniami. Zupełnie o nich zapomniałem! Siedemnaście utworów, nazwanych roboczo Black Hour. Wkrótce wrzucę cały album na Youtuba. 

Bibas - jak to się mówi - poszedł w muzykę. Długo nie mógł znaleźć sobie miejsca. Grał zdaje się w Hunterze i wielu innych kapelach, głównie rockowych i power metalowych, ale nigdy jako lider. W końcu założył własną kapelę Boguś Balcerak's Crylord i ma na koncie trzy albumy, ostatni wydany w zeszłym roku. 

Poniżej link do drugiego z nich:

Gates To Valhalla

piątek, 15 kwietnia 2022

#Jeziorsko2022


 

Przeglądając zdjęcia na komputerze ze zdziwieniem stwierdziłem, że moja obsesja na punkcie Jeziorska to nie świeża sprawa, ale jednostka chorobowa od co najmniej kilkunastu lat. Odkryłem analogowe, czarno-białe fotografie, robione na zamarzniętym zalewie. Pojechaliśmy wtedy czteroosobową ekipą. Mróz był niemiłosierny, śnieżyca rozmywała horyzont, a były też takie momenty, że przed nami rozpościerała się tylko wielka biała ściana. Powyżej montaż, jaki popełniłem w 2016 roku, zlepiony z kilku zdjęć z tamtego wypadu.

Jadąc kiedyś nad morze, postanowiłem zrobić sobie przerwę na fajkę nad Jeziorskiem. Było przedpołudnie, słońce raziło niemiłosiernie, było niemal białe. Krajobraz w tych ostrych promieniach wyglądał nieziemsko. Po spuszczonej ze zbiornika wodzie został pomniejsze bajorka, a cały grunt aż do koryta Warty przypominał zielony, popękany dywan z mchu i porostów. Kilka razy, próbując znaleźć optymalne ujęcie, zapadłem się po kostki w cuchnącym mule (długo potem nie mogłem pozbyć się tego zapachu w aucie), ale było warto. Wiele z tych zdjęć wykorzystałem w moich pracach, kilka albo kilkanaście wisi na ścianach w różnych zakątkach globu.

Jeziorsko w lecie jest kolorowe. Duża wilgotność terenów w pobliżu rzeki powoduje istny wybuch flory, niespotykanej na innych obszarach, niezwykle malarskiej. Do tego tysiące ptaków, które upodobały sobie to miejsce, stanowiąc jego stały element o każdej porze roku. Doświadczyłem kiedyś pięknej chwili: z mgły wyleciał na mnie klucz żurawi. Przeleciały nade mną może z 10 metrów, mogłem spojrzeć im w oczy. 

Dostrzegłem i doceniłem ten kolor dopiero w kompozycjach z początku tego roku. Zaczęło się od jednego zdjęcia z Jeziorska (właściwie Tądowa Dolnego) z charakterystyczną rudą kępką na pierwszym planie. Przyznam, że nawet bez dodawanych elementów, ten krajobraz w rzeczywistości wyglądał nieziemsko.



Póki co powstał cykl #Jeziorsko2022, liczący ponad 20 prac. Pełny kolor, spójna kolorystyka. Niby jedno miejsce, ale dające różnorodne inspiracje. Był czas, że robiłem jeden montaż dziennie, ostatnio trochę wyhamowałem, żeby nie zacząć się powtarzać.

W tle towarzyszył mi Fink. Lubię tego kolesia od czasów płyty "Sort of Revolution". Wydana w zeszłym roku kompilacja "IIUII" zahipnotyzowała mnie do tego stopnia, że słuchałem jej codziennie przez kilka tygodni. To bardzo emocjonalny wybór najlepszych kawałków z już dość długiej kariery artysty, znakomicie nagrany i wyprodukowany. Wiele utworów brzmi lepiej niż oryginały. Płyta melodyjna, nieco melancholijna, świetnie nadaje się jako tło do pracy, rozmowy, a może nawet seksu.

Fink - IIUII (compilation) 2021

poniedziałek, 13 września 2021

Anegdoty

 


Pamięć ludzka jest zawodna, z tego też (między innymi) powodu narodziła się fotografia. Żeby utrwalać, zachowywać w pamięci momenty ważne, szczególne, lub po prostu piękne. 

Przeglądając swoje zdjęcia dostrzegam, z pewną nutą nostalgii, że niektórych miejsc już nie ma. Rozebrali zmurszały, pochylony pomościk w Izbicy, nie ma pomostu na jeziorze koło Łeby (kiedyś w zimie skąpał się tam Buli, nasz buldożek francuski), a ta przyczepa już tam nie stoi. 



Można powiedzieć, że żyję fotografią od ponad dwudziestu lat. Wiele prac sprzedaję za granicę. Przypomniała mi się pewna anegdotka. Kilka lat temu 6 kolorowych fotomontaży poleciało do pewnego hotelu w Dubaju. Kiedy pieniądze wpłynęły na konto, pomyślałem: kupię sobie nowe łóżko. Poszedłem do Jysk-a, mam niedaleko, i znalazłem fajną kanapę, ciemnoszarą, z czerwonymi akcentami na dole. Sięgnąłem na oparcie, gdzie stał taki papierowy domek z ceną, tyle że tyłem do mnie. Odwracam ją, a kanapa nazywa się Dubaj!

Oczywiście kupiłem.

Kilka lat temu stworzyłem cykl kompozycji pod nazwą AGD Landscape. Wykorzystałem w nim przedmioty codziennego użytku, tyle że osadzone w zupełnie innym środowisku, często wyolbrzymione do roli symbolu. Po kilkudziesięciu pracach pomysły mi się wyczerpały, zacząłem więc szukać czegoś innego. Cykle są pomocne, ukierunkowują wyobraźnię, ograniczają pole poszukiwań, co z jednej strony upraszcza pracę, z drugiej daje pewnemu zestawowi prac wspólny mianownik. Każdą z kompozycji można rozpatrywać osobno, pokazane razem tworzą nową wartość. 



Co jakiś czas wracam do cykli. Tak też się stało w zeszłym roku. Obfotografowałem kilka swoich drewnianych sztućców (nożyk do masła, widelec i łyżka), ale tym razem podszedłem do tematu monochromatycznie. Wcześniejsze prace z cyklu były kolorowe, przypominały trochę ilustracje z dziecięcych książeczek, teraz postawiłem na anegdotę, podpartą tytułem. 

Jedną z prac, jakie wtedy powstały, jest "Kolacja dla dwojga", z wielką drewnianą łyżką wyrastająca z korzeni drzewa. Kilka dni po opublikowaniu zdjęcia w necie znalazła się na nie klientka zza oceanu. Pani napisała mi w mailu, że nazywa się Whiterspoon i większość ozdób w jej domu ma motyw łyżki (ang. spoon).


Podczas finisażu wystawy w Szczecinie (salon Goldenmark, Plac Żołnierza Polskiego 1-1A) padło pytanie: jaką największą pracę pan sprzedał?

Pomyślałem chwilę i przypomniałem sobie, że pewna pani z Białegostoku kupiła ode mnie pracę pt. Eden, która ozdabia jej kabinę prysznicową wielkości 3x3 metry.

Kiedy to piszę, w tle leci taka oto sympatyczna muzyczka:

Agusa - En Annan Värld (2021) [Full Album]


niedziela, 30 maja 2021

Waits i Massive


    Kilka tygodni temu wpadła mi w oko na fejsie reklama wydawnictwa Kosmos Kosmos. Zachwalali nową, nieautoryzowaną (przez co nieco kontrowersyjną) biografię Toma Waitsa. Kliknąłem w link, zamówiłem, zapłaciłem i zapomniałem o sprawie. Minęły chyba z 3 tygodnie i nagle dostaję maila, że moja przesyłka jest już w drodze. Nawet się ucieszyłem, bo przez jakiś czas byłem przekonany, że dałem się oszukać, klikając w jakiś fejkowy link. Ale nie, wszystko w porządku. Zadzwonił kurier, za chwilę przyniósł przesyłkę. Pokwitowałem, rozpakowałem paczkę i od razu usiadłem do lektury. 
    Podoba mi się tłumaczenie Filipa Łobodzińskiego, bo jest płynne, ma swój rytm. Dobrze się to czyta, tym bardziej, że język jest współczesny, żywy i obrazowy. Czytając o rozwijającej się karierze Waitsa, po latach wróciłem do jego muzyki. Byłem kiedyś wielkim fanem, miałem wszystkie płyty, znałem je niemal na pamięć. Koncert w Kongresowej uważam za jeden z lepszych, na jakich byłem (Prince też był niezły).
    Muza Waitsa jest tak emocjonalna, że nie da się jej słuchać zbyt długo. Potrzeba odmiany, ostudzenia emocji. Włączyłem sobie Massive Attack - 100th Window. Płyta nagrana 18 lat temu, a nadal od pierwszych dźwięków powala produkcją i klimatem. Wsiąkłem w te dźwięki od razu, a że często pracuję przy muzyce, zacząłem szukać wśród zdjęć inspiracji do stworzenia jakiejś nowej pracy. Współpracowałem kiedyś z Katią, uroczą sieradzanką. Mogę śmiało powiedzieć, że była jedną z moich muz, i chyba się o to nie pogniewa. Powyżej przykład prawdziwie dziewczęcego wdzięku Katii.
    Album się skończył, przeskoczyłem płynnie do Heligoland. Znowu genialna produkcja, czyściutka, klarowna, nowoczesna i wytyczająca trendy. To pokaz kunsztu realizatora dźwięku, wyczucia przy wyborze wokalistów, smaku i klasy.
    Co by tu dalej? No dobra, Mezzanine.
    Już teraz wiem, który album Massive Attack jest najlepszy.

czwartek, 29 kwietnia 2021

Tuba Picassa

  Współpracuję z kilkoma galeriami, jedną z nich jest Personalart, z siedzibą w Zgierzu k. Łodzi. Technicznie wygląda to tak, że wysyłam do galerii miniaturki prac, które ona wystawia na swojej stronie. Kiedy jakaś praca się sprzeda, robię wydruk, podpisuję go, drukuję certyfikat autentyczności oraz umowy i dostarczam to wszystko do Zgierza. Czasem wiozę prace osobiście, ale bywa też, że wysyłam pocztą. 

  Jednym z moich bestsellerów jest "Czytelniczka".


  W Personalarcie sprzedała się właśnie kolejna, a razem z nią "EggO". 



  Obie prace wysłałem w tubie. Kilka dni później dzwoni do mnie pani z poczty w Zgierzu:

- Dzień dobry, czy wysyłał pan pustą tubę?

- ???

- Wie pan, bo czasami klienci wysyłają tylko opakowanie.

- Nie, wysyłałem dwie fotografie.

- Tuba jest pusta.

- Jak to pusta?

- No przyszła pusta tuba.

  Wygląda na to, że jakiś listonosz połasił się na moje fotografie. Początkowo byłem skonfundowany, potem zły, aż z czasem zacząłem żartować, że jestem w lepszej sytuacji niż Picasso. Włamali się kiedyś do jego pracowni. Artysta był bardzo niepocieszony, bo złodzieje ukradli jedynie srebrne sztućce, a nie ruszyli żadnego z obrazów.

  Oczywiście złożyłem reklamację, czekam z ciekawością na wyjaśnienia poczty. W tzw. międzyczasie dostałem przesyłkę zwrotną ze Zgierza, żeby było ciekawiej - za pobraniem. Podsumowując, musiałem podwójnie zapłacić za opakowanie paczki, która w dodatku nie dotarła do odbiorcy. Cudownie.

  Niech moją wściekłość wyładują kolesie z Altarage:

https://www.youtube.com/watch?v=1dAjaT3OyKE&list=LL&index=9&ab_channel=SeasonofMist

piątek, 13 listopada 2020

Głód

  Pochylę się dzisiaj nad sprawą rozbieżności między moimi intencjami podczas tworzenia a odbiorem pracy. 

  Już od kilku lat powstaje cykl pt. AGD Landscape. Założeniem było wykorzystanie przedmiotów codziennego użytku, które - osadzone w obcym im środowisku, wyrwane z kontekstu, często wyolbrzymione lub pomniejszone - nabierają zupełnie nowych znaczeń. Dzięki temu zabiegowi np. zwykła solniczka staje się tajemniczym pustynnym sanktuarium, a zużyta szczoteczka do zębów przeistacza się w monument.

  Wszystkie prace z tego cyklu są kolorowe. Tak było od samego początku. Kolejnym moim celem było osiągnięcie efektu ilustracyjnego, jak w bajkach dla dzieci. Kolor temu sprzyjał, wydawał się jedynym możliwym rozwiązaniem.

  Ostatnio naszła mnie chętka na rozbudowanie cyklu. Sfotografowałem wszystkie swoje drewniane sztućce, widząc już w wyobraźni, jak widelce i łyżki wyrastają z konarów drzew, domagając się jedzenia. Niechętnie komentuję aktualne wydarzenia, ale w tym przypadku zdałem sobie sprawę, że gdzieś podświadomie chcę się odnieść do widma biedy i głodu, które niektórych teraz prześladuje. Wiem to na bazie rozmów i komentarzy w sieci. Odczuwa się niepokój, zagubienie i bezradność. Natłok często sprzecznych informacji również nie pomaga w zachowaniu spokoju ducha.

  Staram się nie karmić strachem. Zachowuję dystans w stosunku do tego, co się dzieje, robiąc swoje i - o ile to możliwe - dzieląc się z innymi harmonią i pięknem. Dla wielu osób ta duchowa strawa jest równie ważna (jeśli nie ważniejsza), niż to, co można do garnka włożyć.


  Głód - tak roboczo nazwałem ten nowy cykl. Mam słabość do czerni i bieli, dlatego pewnie pierwsza z prac, jakie powstały, była od razu monochromatyczna. Wykorzystałem w niej dwie drewniane łyżki. Wyrastają z pni drzew, tak jak sobie to wyobrażałem, i nachylają się nad zbiornikiem wodnym, który w tym przypadku symbolizuje miskę. Nie lubię tytułować swoich montaży, bo to zawęża odbiór, narzucając odbiorcy interpretację. "Kolacja dla dwojga" jest zdecydowanie bardziej pozytywna, tak też go nazwałem. Owszem, tonacja i główne, ciemne elementy, wprowadzają nastrój niepokoju, a nawet grozy. Nie taka była jednak moja intencja, jak już mówiłem, ale po odbiorze pracy na fejsie widzę, że stereotyp "czarno-białe zdjęcia są smutne" nadal funkcjonuje.

  Dumnie sterczące do góry łychy w moim mniemaniu symbolizują moc i chęć walki. Zaproszenie do jednej miski świadczy o istniejącej więzi i zaufaniu obu stron, co też jest budujące. Woda w "misce" jest spokojna, niezmącona, za górami świeci słońce. 

  Co ciekawe, drugi montaż z tej serii jest jeszcze bardziej srogi. Skorzystałem z drewnianych widelców, które znów wyrastają z konarów drzewa, przypominając rozczapierzone palce, domagające się strawy. Ta złowroga, drapieżna smoczyca stoi jednak na zmurszałych korzeniach, niczym kolos na glinianych nogach. Jej upadek jest bliski, więc nie ma się czego obawiać. To tylko ostatnie podrygi potwora, który już niedługo upadnie. 

  Niemały wpływ na wydźwięk i nastrój tych kompozycji ma niewątpliwie muzyka, której słuchałem podczas pracy. Najpierw Weird., włoska kapela z nurtu shoegaze. Jej druga płyta, "A Long Period Of Blindness" sprzed pięciu lat, naprawdę zasługuje na uwagę:

https://www.youtube.com/watch?v=LVKJhVcbNGY&list=LL&index=5&ab_channel=UnderratedAlbums

  Potem w tle leciał Automatism, szwedzka kapela psychodeliczna, której płyta "Immersion" (2020) idealnie nadaje się jako podkład do pracy.

https://www.youtube.com/watch?v=iKyXJKf6mrw&list=LL&index=4&ab_channel=UnderratedAlbums

czwartek, 6 lutego 2020

Bratnia dusza


To niezwykle miłe i motywujące, kiedy dowiadujesz się, że ktoś nieznajomy obserwuje i podziwia twoje prace. Do tego stopnia, że zamierza jedną z nich podarować komuś w prezencie.
Skontaktowała się ze mną świeżo upieczona doktorantka ze Stanów. Polka, od dzieciństwa mieszkająca w USA. Chciała w oryginalny sposób podziękować swojej promotorce i wpadła na pomysł, że podaruje jej powyższą pracę w formacie 60x60cm.

Zawsze zastanawia mnie, w jaki sposób ludzie natrafiają na moje prace. Tym razem stało się to dzięki artykułowi w amerykańskiej prasie. Powstał kilka lat temu, zapomniałem o nim, ale widać, że zasiane ziarno prędzej czy później wyda owoce.

Młoda pani doktor (domyślam się, że literatury) spytała, czy mam jakąś broszurę reklamową. Nie mam, nigdy o tym nie pomyślałem, ale prawdopodobnie ją przygotuję, skoro jest zapotrzebowanie. Wydawałem już kalendarze, i czarno-białe, i kolorowe, mam na koncie kilka albumów tematycznych, ale nigdy nie wpadłem na to, że potrzebna jest broszura. Czas to nadrobić.

Jeszcze a propos tego montażu. Kilka dni temu jakiś dociekliwy Rosjanin zaczął mnie nękać na fejsie, bym wytłumaczył, co autor miał na myśli, umieszczając kobietę balansująca na linie między książkami. Nie lubię tego robić, zawsze zostawiam swobodę w interpretacji, bo każdy co innego widzi i chce zobaczyć. Mimo że wytłumaczyłem - aczkolwiek niechętnie - pojawiły się następne pytania, tak jakby pytający miał gotową tezę i oczekiwał po mnie, że ją potwierdzę. Niezręczna sytuacja, na szczęście przyszli mi w sukurs inni oglądający i sprawa się nie tyle wyjaśniła, co rozmyła.

Muzycznie zaś hołd dla zmarłego niedawno perkusisty Rush - Neila Pearta:
Rush - Moving Pictures
https://www.youtube.com/watch?v=hJOmppaLvu0&list=LLlhrFY3RMx0bUv80TkVH56A&index=21&t=0s

wtorek, 19 listopada 2019

Vintage

Jestem pewien, że każdy twórca pamięta wszystkie swoje prace, choćby miał ich tysiące, dlatego nieco się zdziwiłem, widząc na fejsbuku jedno z moich zdjęć podpisane: Félix Thiollier, 1899.

Chodziło o ten obrazek:


Zareagowałem natychmiast pisząc, że to ja jestem autorem. Dziewczyna, która wstawiła zdjęcie, tłumaczyła, że jedynie udostępniła czyjś post z Pinteresta. Jeden z komentujących miał wątpliwości co do mojego autorstwa. Zaczął drążyć temat, wypytywać o szczegóły. 


Pamiętam dokładnie okoliczności powstania tej fotografii. Mam znajomych prowadzących niewielką stadninę pod Sieradzem. Często ich odwiedzałem z aparatem, starając się zrobić zdjęcia koni do moich kompozycji. Tego dnia warunki były nieszczególne - szaruga, prószący śnieg - ale i tak postanowiłem coś wycisnąć z tego wyjazdu. Adela (młoda kobieta ze zdjęcia), nie zważając na mróz i śnieżycę, wyprowadziła na padok jedną z klaczy, zdaje się o imieniu Linda. Biegała razem z koniem, a jej długi czarny płaszcz malowniczo rozwiewał się na wietrze. Uwieczniłem ten moment, ale w domu okazało się, że z racji ruchu i słabego światła, zdjęcie jest lekko nieostre. 


Wielokrotnie przekonywałem się, że sposobem na uratowanie nieostrych zdjęć jest nałożenie na nie tekstur. Tak zrobiłem też tym razem, starając się nadać ten scence charakteru starej fotografii. Widocznie się udało, skoro ktoś uznał to zdjęcie za dzieło Thiolliera, francuskiego kolekcjonera, pisarza i fotografa, żyjącego w latach 1842-1914. Ma w swoim dorobku wiele fotografii dokumentujących wiejskie życie, w tym też kobiety w długiej sukni, która wyprowadza konia na pastwisko. Być może stąd wynika przypisanie mu autorstwa.

Thiollier robił tylko prostokątne fotografie (aparaty na kliszę 6x6 cm pojawiły się później, już po jego śmierci), więc sam ten fakt przemawia na moją korzyść.

Swoją drogą, to przykre, że trzeba udowadniać autentyczność swojej pracy. A i tak nie mam pewności, czy malkontent mi uwierzył.

Muzycznie Skalpel, polski zespół, który też postarza swoje kompozycje, korzystając z analogowych sampli.

https://www.youtube.com/watch?v=-UMZlyIVoBY

wtorek, 12 listopada 2019

Kraina Dwóch Słońc


Najczęściej spotykanym błędem, jaki zauważam u ludzi tworzących montaże, jest - jak ja to nazywam - Kraina Dwóch Słońc. Co ciekawe, zdarza się nawet najlepszym. Polega on na tym, że obiekt wstawiony na tło oświetlony jest z innej strony niż ono. Taki zabieg od razu dyskwalifikuje pracę w moich oczach.

Wynika to prawdopodobnie z pośpiechu i zaaferowania samą wizją. Autor, zachwycony tym, co mu w duszy gra, zapomina w ferworze tworzenia o podstawowych prawach fizyki. Zdarzały mi się podobne wpadki, dlatego jestem na nie wyczulony. Owszem, surrealizm rządzi się swoimi prawami, zaburza proporcje, nagina grawitację, ale w moim przekonaniu nawet latające hipopotamy powinny być oświetlone z tej samej strony, co pejzaż, nad którym się unoszą.

Od początku przygody z komponowaniem obrazków moim celem było stworzenie iluzji rzeczywistości. Tak wiarygodnej, by oglądający nabrał wątpliwości, czy ogląda fotomontaż.


Cieszyłem się jak dziecko, kiedy administrator jednego z rosyjskich portali fotograficznych przeniósł tę pracę do kategorii "Street", uznając zapewne, że scenka została sfotografowana w mieście.

Czasami prowadzę warsztaty z obróbki i edycji zdjęć. Jednym z punktów zajęć jest analiza wybranych przykładów fotomanipulacji. Kiedyś sugerowałem, by uważnie się przyjrzeć i znaleźć błędy, teraz tylko wyświetlam obraz z rzutnika i czekam na reakcje. Najczęściej jest to wow albo super, dopiero kiedy poproszę o doszukanie się błędów, kursanci naprawdę zaczynają patrzeć. To pokazuje, jak natłok informacji wizualnej w internecie spłycił nasz odbiór i skrócił czas obserwacji danej pracy.

Pisząc to, słucham sobie nostalgicznego jazziku w wykonaniu Simple Acoustic Trio:

Simple Acoustic Trio