wtorek, 27 września 2011
Rook
Obrazy mają to do siebie, że zapadają w pamięć na długo. Nie bez kozery mówi się, że jeden obraz zastąpi tysiąc słów. Pamiętam wszystkie swoje prace i bez przechwałek powiem, że bezbłędnie rozpoznaję prace innych. Nawet takie, które widziałem dawno i tylko przez chwilę.
Czytając parę dni temu jakiegoś amerykańskiego bloga poświęconego rockowi alternatywnemu, trafiłem na zestawienie 30 najlepszych albumów 2008 roku. Stylistycznie była tam straszliwa mieszanka. Koleś, który ułożył tę listę, kierował się - jak pisał - własnymi upodobaniami. Płyty folkowe wygrywały w rankingu z punkowymi, choć nieraz dziwiłem się, co mu strzeliło do łba przy takim wyborze.
Moją uwagę przykuła okładka jednej z płyt, już nawet nie pamiętam, z którego miejsca. Postać z rozkrzyżowanymi ramionami, umiejscowioną centralnie w kadrze - obsiadły dziesiątki ptaków, na moje oko kruków. Mówię sobie: uuu, będzie pewnie niezły black metal. Zespół nazywał się Shearwater, a płyta - Rook. Nigdy wcześniej nie słyszałem tych nazw, ściągnąłem w ciemno.
Pierwsze wrażenie było kolosalne. Żaden tam black metal, bardziej postrockowe granie, proste, zbudowane na stopniowaniu napięcia i dynamice. Przedziwny wokalista, śpiewa falsetem, chociaż słychać w wielu momentach, że to świadome ograniczenie, wybór barwy i wysokości głosu do muzycznego tła.
Muza jest chropawa, nagrana bez zbędnych ozdobników. Cisza pomiędzy kolejnymi akordami fortepianu pięknie buduje klimat. Nasuwają się oczywiście przeróżne skojarzenia: a to Talk Talk ze swojego dojrzalszego okresu, a to The Tiger Lillies (przez ten falset), jednak krążek jest samoistną wartością, która hipnotyzuje od pierwszych do ostatnich dźwięków. Zajebiście przemyślana całość, narastająca z kawałka na kawałek, do przejmującego katharsis w moim ulubionym (już) utworze "The Snow Leopard".
Poszperałem w necie, żeby nadrobić zaległości w wiedzy. Shearwater to amerykański zespół, grający od prawie 10 lat. To nie są kolesie znikąd, ale doświadczeni muzycy, w tym też panna na basie. To chyba najlepsza ich płyta, w muzycznej encyklopedii Allmusic.com oceniona na 4,5 gwiazdki w skali pięciogwiazdkowej. Perkusista udziela się też w innych projektach, gra m.in. na nowych płytach legendarnego The Swans! Reasumując, sroce spod ogona nie wypadli.
Szczerze polecam, idealna płyta na melancholijne jesienne wieczory.
Tu link, żeby niepotrzebnie nie marnować czasu:
Rook (2008)
piątek, 9 września 2011
Niepamięć
Zdjęcia robi się po to, żeby uwiecznić jakąś szczególną chwilę lub miejsce - taka jest jedna z zalet fotografii. Dokumentuję życie swojej rodziny, jak chyba każdy posiadacz aparatu. Nie robię może tylu zdjęć albumowych, ile powinienem, bardziej skupiam się na materiałach do pracy.
Zauważyłem, że kilka miejsc, które uwieczniłem w swoim najbliższym otoczeniu, odeszło już w niebyt (ale nie w niepamięć). Zniknęła niskopienna wierzba płacząca, którą wielokrotnie używałem w swoich montażach. Rosła za płotem, na podwórku sąsiada, który któregoś dnia uznał nagle, że trzeba ją wyciąć. Nie wiem, jakie były powody, drzewko wyglądało na zdrowe. Trudno, istnieje już tylko w mojej pamięci i na zdjęciach.
Wczoraj zrobiłem kolejny montaż z jego udziałem.
Podobnie sprawa wygląda z dwoma drewnianymi pomostami, które wiele razy fotografowałem, o różnych porach dnia i roku. Pierwszy był w Izbicy, nad jeziorem Łebsko. Jest tam takie malownicze miejsce, raptem pół kilometra od wsi. Idziesz piaszczystą dróżką, po lewej stawiki rybne, po prawej młode brzózki, i nagle wychodzisz na wielką, otwartą przestrzeń koło przystani. Za każdym razem ten ogrom robi wrażenie. Nic, tylko woda, wysepki z szuwarami i niebo.
Rybacy, którzy cumują tam swoje łódki, postawili miniaturowy pomościk, który z roku na rok coraz bardziej się wykrzywiał, do tego stopnia, że niebezpiecznie było na nim stać w czasie wiatru.
Już go nie ma. Pojechałem tam kilka miesięcy temu i coś mi nie grało w krajobrazie. No tak, pomost zniknął...
Drugi z pomostów, większy, był niedaleko Łeby. Trzeba przejechać całe miasto i wjechać w las, na leśny parking. Po lewej stronie jest morze, Bałtyckie, po prawej jezioro, Sarbskie. Pojechaliśmy tam kiedyś w zimie, całą rodziną, z psem. Buli wszędzie musi być pierwszy. Wlazł na ten pomost i zjechał po roztopionym lodzie prościutko do wody. Szamotał się strasznie, nie dawał rady wdrapać się z powrotem, bo deski były śliskie. Wyciągnąłem go, nie bez problemów. W oczach miał najprawdziwszy strach.
Za każdym razem ten pomost wyglądał gorzej, woda pochłaniała coraz większy obszar, aż w końcu ktoś doszedł do wniosku, że stanowi zagrożenie i go rozebrał. Teraz widać tylko pod wodą resztki konstrukcji.
Z muzyką jest podobnie, płyty zostają, podczas gdy wykonawców już nie ma. Z sentymentalnych względów mógłbym wybrać Amy Winehouse, ale cały ten szum po jej śmierci mnie mierzi. Dlatego sięgnę po nieśmiertelnego Davisa. Ale nie żadne swingowe pitu-pitu, tylko zwariowaną, bluesowatą płytkę z udziałem Scofielda, którego bardzo lubię.
Miles Davis - Star People (1983)
Miles Davis - Star People
czwartek, 1 września 2011
Finisz
Portale fotograficzne powinny doczekać się osobnej, obszernej monografii. Ich specyfika i różnorodność nie przestają mnie zadziwiać. Na jednym zdjęcie trafia do wyróżnionych na pierwszej stronie, na innym przemyka bez żadnego odzewu. To ma nawet swój urok, bo widzisz, jak różne są gusta i oczekiwania ludzi z różnych stron świata.
Żeby uzyskać miarodajną ocenę swojej pracy, najlepiej pokazywać gdzie to tylko możliwe. To upierdliwa i czasochłonna robota, ale jeśli zależy ci na tym, żeby praca nie przeszła niezauważona, warto poświęcić jej trochę czasu.
Zauważyłem pewną prawidłowość: jak tylko przestaję wstawiać zdjęcia na któryś z portali, zaraz przychodzi z nich jakaś propozycja. Może to myślenie magiczne, ale jak coś zdarza się kilka razy, to nie może być przypadek. Tak było jakiś czas temu z photo.netem, niedawno zdarzyło mi się to z plfoto (drugi raz zresztą).
Nie wiem, może zbyt dużą wagę przykładam do tych wirtualnych światów i zbyt wiele emocji w nie pakuję... Z drugiej strony, gdyby to była tylko zabawa, niegroźne hobby, mógłbym to zlewać. Ale staram się żyć z fotografii. Im więcej osób zobaczy to, co robię, tym większa szansa, że moja praca znajdzie nabywców.
Polskie galerie to osobny temat. Wymiksowałem się już chyba z wszystkich. Zaczynałem na onephoto, ale po zmianie właściciela ten portal zszedł całkiem na psy. Miałem krótki romansik z Obiektywnymi, ale ignorancja kilku niedzielnych pstrykaczy tak mnie w końcu zirytowała, że skasowałem wszystkie zdjęcia z mocnym postanowieniem, że nigdy tam nie wrócę.
Wróciłem, chyba po roku. Było miło, sympatycznie, przez jakieś dwa miesiące, potem śpiewka się powtórzyła. Znowu kasacja.
Voal. Fajny portal był, kameralny, artistiszny, dopóki nie zalała go fala analogowców znudzonych innymi galeriami (albo takich, których z tych portali wywalono z hukiem). Zrobiło się nudno do kwadratu.
Fotoferia? Śmiechu warta.
Na plfoto dobiłem do 500 zdjęć i zwinąłem manatki. Żenada jest, poziom spadł poniżej wszelkiego poziomu, wystarczy spojrzeć na zdjęcia z TOP-u. Raczej nie ma powrotu.
Na facebooku ktoś postawił pytanie: który z polskich portali foto cię najbardziej irytuje? Optuję za opcją: wszystkie są do dupy.
Moja przygoda z polskimi galeriami dobiegła do finiszu, ale na szczęście jest wiele zagranicznych, gdzie o chamstwo raczej trudno, zawiści się raczej nie doświadczy, a jeśli już ktoś wykaże się niewiedzą, potrafi przeprosić i odrobić lekcje.
Skoro finisz, to czas na finnish prog death metal. W oczekiwaniu na nową płytę Opeth, odkryłem fiński klon tej kapeli. Raczej nie naśladują Szwedów, idą tą samą drogą, z powodzeniem. Zespół nazywa się Ikuinen Kaamos, a wydana w zeszłym roku płyta zaskoczyła mnie do tego stopnia, że postanowiłem podzielić się nią z innymi.
Wydawało mi się, że Opeth nie ma konkurencji, ale byłem w błędzie.
Zresztą, posłuchaj:
Ikuinen Kaamos - Fall of Icons (2010), 320 kbps, 124 MB
Ikuinen Kaamos - Fall of Icons (2010)
środa, 10 sierpnia 2011
Introligator
Za rok, późnym latem, minie 20 lat od śmierci mojego ojca. Wczoraj były jego urodziny. Gdyby żył, skończyłby 76 lat. Za każdym razem, kiedy jestem na cmentarzu w Sieradzu, odwiedzam jego grób. To na swój sposób dziwne, bo nie był dla mnie nikim ważnym, przynajmniej w ostatnim okresie swojego życia.
Fajnie, kiedy chłopak ma ojca-autorytet. Ojca-guru, mentora, nauczyciela, który uczy go męskości, pokazuje, jak naprawić rower i w jaki sposób odnosić się do kobiet. Niestety, mój tego mnie nie nauczył, do wszystkiego musiałem dochodzić sam. Przez niego stałem się - jak to nazywam - introligatorem, czyli introwertykiem uciekającym w książki. Policzyłem kiedyś, że przeczytałem 9 tysięcy książek. Szukałem odpowiedzi, dlaczego jest, jaki jest i dlaczego tak mnie to wyprowadza z równowagi.
Wydaje mi się, że znalazłem. Samotność i nuda, oto przyczyny jego upadku. Przeszedł wcześnie na emeryturę, a nie miał żadnego hobby, które mógłby kultywować na starość. Ani ogródeczka, ani wędkarstwa, ani dłubania w warsztacie. Pozostali mu tylko kumple od kieliszka i mecze w telewizji. Wystarczyło parę lat i pyk, po ptokach.
Spotkałem się w Sieradzu z Jarkiem, wielkim znawcą i miłośnikiem okolicznych nekropolii. Umówiliśmy się na plener przed sieradzkim cmentarzem, niezbyt może okazałym, ale za to malowniczym. Przyznam, że nigdy nie przyglądałem się nagrobkom w taki sposób, jak tym razem. Jest kilka przepięknych, starych rzeźb i pomników. Oczywiście Jarek znał je wszystkie. Umówił się ze mną chyba przez grzeczność (i żeby pogadać), bo nie zrobił ani jednego zdjęcia. Zresztą ma tam wszystko obcykane.
Służył mi za swoistego przewodnika, pokazując smakowite kąski i detale architektoniczne. Dowiedziałem się, że niedaleko cmentarnego drewnianego kościółka z XV wieku jest mauretański grób w kształcie ściętej piramidy. Okazał się mało fotogeniczny, ale nie wiedziałem o nim, mimo że to moja rodzinna nekropolia.
Zrobiłem kilkadziesiąt zdjęć, z zamiarem wykorzystania ich w swoich montażach. Nadrabiam wakacyjne zaległości, nie mam teraz czasu na nowe prace, tym większą będę miał frajdę, kiedy w końcu coś zmontuję.
Jarek starał się załatwić klucze do żydowskiego cmentarza w Zduńskiej Woli, o wiele bardziej atrakcyjnego i egzotycznego od sieradzkiego, niestety nie udało się. Sezon urlopowy, koleś od kluczy gdzieś wyjechał i do jego powrotu nie ma szans, żeby tam wejść (chyba że nielegalnie). Mieliśmy się wspólnie wybrać do Łodzi, na swoiste tournee po tamtejszych cmentarzach, ale okoliczności wybitnie temu nie sprzyjały. Jego ojciec wrócił właśnie ze szpitala, musiał się nim opiekować pod nieobecność matki. To, że udało mu się wykroić godzinkę na spotkanie ze mną, graniczyło niemal z cudem.
Nie to, żebym był jakimś fanatykiem grobów i śmierci. Nigdy mnie ta tematyka nie fascynowała, do niedawna. Odkryłem, że te stare, zmurszałe i omszałe nagrobki mają ducha, którego brakuje współczesnym budowlom. Od razu mają klimat, stworzony wręcz do tego, żeby je kreatywnie wykorzystać. Póki co, odwiedziłem fotograficznie dopiero dwa cmentarze (Szczecin i Sieradz), a jest ich przecież masa. Niewyczerpane źródło inspiracji!
Grobowe klimaty kręcą mnie muzycznie, ale to już zupełnie inna bajka. Lubię oddać się mrocznemu nastrojowi (ostatecznie jestem Dark). Mam tego masę na dysku, aż ciężko było wybrać. W końcu padło na Antimatter, klimatyczną kapelę dawnego basisty Anathemy. Lubię jej słuchać, robię to dość często, szczególnie, kiedy aura jest taka, jak tego lata.
Antimatter - Leaving Eden (2007)
A tu link do ściągnięcia:
Antimatter - Leaving Eden
piątek, 29 lipca 2011
Tribute
Trochę mnie irytuje, kiedy kolejna osoba - czy to na polskim, czy zagranicznym portalu - pisze pod moim zdjęciem, że kojarzy mu się z pracami Dalego. Niby to zaszczyt być porównywanym z mistrzem, problem w tym, że nie inspiruję się nikim, ani Dalim, ani Sralim. Takie skojarzenia świadczą co najwyżej o tym, że cokolwiek surrealistycznego, to od razu Dali. Prosta piłka. Tak jak w obiegowej opinii każdy obraz nierealistyczny to od razu Picasso.
Staram się to zrozumieć, jakoś sobie zracjonalizować te zależności. No dobra: u mnie szczudlarze, wydłużone nogi, u Salvadora żyrafy na monstrualnie długich nogach. Skojarzenie niby słuszne, jak najbardziej na miejscu, z tym, że wystarczy zestawić obok siebie nasze prace, żeby od razu wychwycić różnice. Ja, nawet jeśli jadę w surrealizm, staram się przynajmniej zachować pozory realizmu (proporcje, światło, perspektywę itd.), Dali łamie te zasady bezlitośnie. Jestem pewien, że robił to świadomie, z premedytacją. Jego deformacje rzeczywistości były w pełni zamierzone, im dziwniejsze, tym chyba był z nich bardziej zadowolony.
Popełniłem kiedyś - podpuszczony przez jakiegoś kolesia z plfoto - tribute to Dali. Bardziej, żeby udowodnić sobie, że potrafię, niż pokazać kolesiowi, że dam radę. Zrobiłem słonia na tyczkowatych nogach. Śmiechu było co niemiara (ja się mnie śmiałem), zaraz pojawiły się kolejne koncepcje, z kolorem, małym słoniątkiem i buk wie czym jeszcze. Dałem sobie spokój, szkoda czasu na takie pierdoły. Wiem, że potrafię, i to wystarczy.
Na moje powiązania z Dalim zwróciła też uwagę dziennikarka z Mołdawii, przygotowując wywiad do jednego z tamtejszych miesięczników o fotografii. Odrobiła lekcje, jak to się mówi, zaskoczony byłem wnikliwością pytań, przez co też chętniej na nie odpowiadałem. Poruszyła sprawę drabin, które pojawiają się w moich pracach chyba częściej niż szczudlate słonie. Drabina to dla mnie symbol ambicji, rozwoju, dążenia do celu. Wydaje mi się, że to zrozumiały i oczywisty obraz, co obserwuję po komentarzach ludzi z zagranicy. Odczytują moje założenia idealnie. Wydaje mi się, że te archetypy powinny być właśnie najprostsze, przez co stają się uniwersalne. Jest oczywiście grono osób, które uważają, że jak coś jest zajebiście skomplikowane - do tego stopnia, że nie sposób tego ogarnąć - to na pewno musi być sztuka. Polaryzowałbym...
Z muzyką jest akurat odwrotnie - im prostsza, tym dalej jej do sztuki. Lubię łamańce, stylistyczne i gatunkowe wolty. Najlepszym przykładem będzie chyba tegoroczny krążek gitarzysty Nguyena Le. Płyta z coverami. Jak nie przepadam za takim towarem, zostałem rozłożony na łopatki i czynniki pierwsze. Są tu kawałki Led Zeppelin, Marleya, Wondera, Joplin, Beatlesów, a nawet stary hicior Iron Butterfly. Ale kurde, jak to jest zrobione! To prawdziwy tygiel kulturowy: wpływy wschodnie i zachodnie wymieszane ze smakiem, mistrzowsko wyprodukowane, zagrane i zaśpiewane. Naprawdę, prawdziwa muzyczna uczta.
Nguyen Le - Songs of Freedom (2011)
Nguyen Le 2011
Staram się to zrozumieć, jakoś sobie zracjonalizować te zależności. No dobra: u mnie szczudlarze, wydłużone nogi, u Salvadora żyrafy na monstrualnie długich nogach. Skojarzenie niby słuszne, jak najbardziej na miejscu, z tym, że wystarczy zestawić obok siebie nasze prace, żeby od razu wychwycić różnice. Ja, nawet jeśli jadę w surrealizm, staram się przynajmniej zachować pozory realizmu (proporcje, światło, perspektywę itd.), Dali łamie te zasady bezlitośnie. Jestem pewien, że robił to świadomie, z premedytacją. Jego deformacje rzeczywistości były w pełni zamierzone, im dziwniejsze, tym chyba był z nich bardziej zadowolony.
Popełniłem kiedyś - podpuszczony przez jakiegoś kolesia z plfoto - tribute to Dali. Bardziej, żeby udowodnić sobie, że potrafię, niż pokazać kolesiowi, że dam radę. Zrobiłem słonia na tyczkowatych nogach. Śmiechu było co niemiara (ja się mnie śmiałem), zaraz pojawiły się kolejne koncepcje, z kolorem, małym słoniątkiem i buk wie czym jeszcze. Dałem sobie spokój, szkoda czasu na takie pierdoły. Wiem, że potrafię, i to wystarczy.
Na moje powiązania z Dalim zwróciła też uwagę dziennikarka z Mołdawii, przygotowując wywiad do jednego z tamtejszych miesięczników o fotografii. Odrobiła lekcje, jak to się mówi, zaskoczony byłem wnikliwością pytań, przez co też chętniej na nie odpowiadałem. Poruszyła sprawę drabin, które pojawiają się w moich pracach chyba częściej niż szczudlate słonie. Drabina to dla mnie symbol ambicji, rozwoju, dążenia do celu. Wydaje mi się, że to zrozumiały i oczywisty obraz, co obserwuję po komentarzach ludzi z zagranicy. Odczytują moje założenia idealnie. Wydaje mi się, że te archetypy powinny być właśnie najprostsze, przez co stają się uniwersalne. Jest oczywiście grono osób, które uważają, że jak coś jest zajebiście skomplikowane - do tego stopnia, że nie sposób tego ogarnąć - to na pewno musi być sztuka. Polaryzowałbym...
Z muzyką jest akurat odwrotnie - im prostsza, tym dalej jej do sztuki. Lubię łamańce, stylistyczne i gatunkowe wolty. Najlepszym przykładem będzie chyba tegoroczny krążek gitarzysty Nguyena Le. Płyta z coverami. Jak nie przepadam za takim towarem, zostałem rozłożony na łopatki i czynniki pierwsze. Są tu kawałki Led Zeppelin, Marleya, Wondera, Joplin, Beatlesów, a nawet stary hicior Iron Butterfly. Ale kurde, jak to jest zrobione! To prawdziwy tygiel kulturowy: wpływy wschodnie i zachodnie wymieszane ze smakiem, mistrzowsko wyprodukowane, zagrane i zaśpiewane. Naprawdę, prawdziwa muzyczna uczta.
Nguyen Le - Songs of Freedom (2011)
Nguyen Le 2011
czwartek, 28 lipca 2011
Progres
W necie można już posłuchać nowego kawałka Opeth z planowanej na jesień płyty "Heritage". Jest co najmniej dziwny. Spodziewałem się zaostrzenia brzmienia, tymczasem brzmi to progresywnie, lajtowo. Oczywiście, może to być zmyła, ostatecznie trudno oceniać całą płytę po jednym utworze. Ale skoro wybrali ten właśnie utwór do promowania nowego wydawnictwa, musi chyba być reprezentatywny. Hmmmm...
Miałem opory, czy w ogóle go słuchać (zawsze lepiej mieć niespodziankę), ale ciekawość zwyciężyła. Szału nie ma, nawet jakby lekki zawód. Kompozycyjnie bez rewelacji, za to produkcyjnie większa rewolucja. Złagodzone brzmienie, bardziej analogowe, archaiczne. Zdecydowanie mniejszy pogłos i przestery gitar, surowe bębny i wokal bez ozdobników. Może to i dobry kierunek, zobaczymy, jak to będzie wyglądać w całości.
Dla mnie Opeth zaczyna się właściwie od "Deliverance", czyli jakieś 10 lat temu. Wcześniejszych płyt nie trawię, mam wrażenie, że to tylko próbki, może i dopieszczone, ale jeszcze niedojrzałe. W ciągu tych dziesięciu lat Opeth wyraźnie się rozwinął, każdy kolejny album to był duży progres, żeby nie powiedzieć postęp. Dwie ostatnie studyjne płyty to klasa sama w sobie. W sumie - jeśli chodzi o tak zwany progresywny death metal - najpierw mamy Opeth, potem długo długo nic, aż w końcu tylko jacyś nieudolni epigoni.
Chociaż zdarzają się miłe zaskoczenia. Odkryłem niedawno (zdaje się, że na facebooku) australijską kapelę Be'lakor. Nawet nie wiem, jak się to czyta (Bilejka?). Nazwa pochodzi z jakiejś gry komputerowej, w sumie mało mnie to obchodzi. Dla fanów Opeth muzyka tego zespołu to może być niezły smakołyk, przynajmniej mnie dostarczył dużo pozytywnych doznań. Co my tu mamy? Długie kompozycje, kapitalną pracę gitar, odrobinkę patosu, srogi growl, melodyjne riffy i motoryczną jazdę na dwie stopy. Czegóż więcej trzeba?
Zaraziłem tą kapelą już parę osób. Wydała jak dotąd dopiero dwie płyty, ostatnią w zeszłym roku, i to ją polecam. Jest dojrzalsza, lepiej wyprodukowana i bardziej spójna niż debiut.
Be'lakor - Stone's Reach (2010)
Be'lakor 2010
środa, 20 lipca 2011
Dolmen Music
Jedną z tradycji żydowskich jest kładzenie kamyków na grobach. To symboliczny znak pamięci, bardzo prosty, a zarazem sugestywny. Kiedy o nim chwilę pomyślałem, zobaczyłem w wyobraźni mały kamienny obelisk z gwiazdą Dawida, a na nim ogromny, przytłaczający głaz - jako metaforyczny symbol zbiorowej pamięci. Dla oddania poczucia pustki i samotności widziałem tę mogiłę na rozleglej przestrzeni, z dala od ludzi i cywilizacji.
Z takim nastawieniem zacząłem realizować tę wizję. Kamienny pomnik wziąłem ze szczecińskiego cmentarza, tło to fragment wydm w Czołpinie (jakżeby inaczej?). Chmury wkleiłem z zupełnie innego zdjęcia, sprawdzając tylko, czy kierunek światła się zgadza. Pozostał do zrobienia głaz. Zamiast sfotografować jakiś prawdziwy kamulec, wyciąłem owalny fragment nagrobka, postrzępiłem mu brzegi i dorobiłem światłocień. Reszta to już tylko dopracowanie cieni, perspektywy i wybranie odpowiedniego kadru. W tym przypadku nie wchodził w grę żaden inny, tylko centralny. Pustka, spokój, śmierć.
Bardzo podobała mi się pierwsza wersja tej pracy. Dopieszczone szczegóły, soczyste b-w, czytelna anegdota. Wrzuciłem na kilka portali, ale odzew był znikomy. Zastanawiałem się, z jakiego powodu. Przyjrzałem się ponownie tej pracy i doszedłem do wniosku, że najsłabszym elementem jest główny motyw, czyli ten przeklęty głaz. Wyglądał trochę sztucznie, jak fragment wygładzonego betonu. Niewiele myśląc, usiadłem raz jeszcze przed kompem i zrobiłem wszystko od nowa, tym razem z prawdziwym kamieniem. Efekt jest bardziej realistyczny i chyba lepszy niż poprzednio. Widać go u góry. Na jednym z portali jakiś facet uznał, że sfotografowałem rzeźbę upamiętniającą zmarłych Żydów, co w sumie było dla mnie największym komplementem.
* * *
Idealnym nawiązaniem do motywu kamieni będzie niesamowita płyta amerykańskiej Żydówki Meredith Monk - "Dolmen Music". To poruszająca muzyczna podróż, opowiedziana językiem bez słów. Tylko ludzkie głosy z towarzyszeniem fortepianu, przestrzeń, cisza.
Ale najważniejszą rzeczą są na tej płycie emocje. Artystce udało się za pomocą zupełnie abstrakcyjnych środków, melorecytacji, zabawy głosem i intonacją, stworzyć album ponadczasowy i ponad wszelkimi kategoriami. Włos się na głowie jeży, kiedy słucha się go w ciemnościach. To jest teatralne, obrazowe, przejmujące, piękne. Takiego albumu się nie zapomina. Dla mnie to jedna z najważniejszych płyt ostatnich kilkudziesięciu lat, kwintesencja ludzkiej kondycji. Usłyszysz tu wszystko: rozpacz, żal, radość, zdziwienie, smutek, strach. Niesamowita rzecz.
Meredith Monk - Dolmen Music (1980), 113 MB
Meredih Monk - Dolmen Music
PS. Dolmeny to te ogromne głazy, jakie można zobaczyć np. w Stonehenge lub Carnac.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)






