czwartek, 30 czerwca 2011
Dear Dariusz
Wczoraj wieczorem dostałem zaskakującego maila od niejakiego Jacoba, który reprezentuje prestiżowe wydawnictwo specjalizujące się w publikacjach albumów fotograficznych. Napisał, że oglądał moje portfolio online i bardzo mu się podobało. Zaproponował wydanie moich zdjęć w przygotowywanym właśnie albumie "Masters of Photography". Dodał, że rzecz jest prestiżowa, ma służyć reklamie moich prac na całym świecie, ale wiąże się z wydatkami. Załączył link, gdzie mogę poczytać o szczegółach.
Wszedłem, i owszem. Jedna strona z krótkim info a autorze - 780 dolców. Za dodanie adresu strony autorskiej dodatkowe opłaty, dwie strony to już kasa rzędu półtora tysiąca baksów. Chyba kurde dear Jacob na głowę upadł, żeby Polakowi takie rzeczy proponować. Nie dość, że sprzedać tu coś graniczy z cudem, to jeszcze chcą zagraniczni krwiopijcy wydoić człowieka, łechcąc jego ego.
Nie no, jasne, poczułem się wyróżniony. Znaczy, że ktoś gdzieś tam w świecie luka na moje prace i coś w nich znajduje, skoro startuje z taką propozycją. Długo się zastanawiałem, co odpisać dear Jacobowi (czy w ogóle mu odpisać), aż w końcu skrobnąłem jednozdaniowego maila z uprzejmą informacją, że tak, że dziękuję, że czuję się zaszczycony, ale niestety muszę zrezygnować i że może w przyszłości się do niego odezwę.
Nic nie odpisał, a że słuchałem sobie fajnej francuskiej kapeli, niewiele mnie to obeszło.
Szperam ostatnio po jakichś awangardowych archiwach, poszukując czegoś, co spowoduje ciary na plecach, i kurde muszę powiedzieć, że ciężko jest. Wszystko jakieś dęte, albo tępe naśladownictwo, albo tak pokręcone, że nie da się tego z przyjemnością słuchać. Doszedłem do wniosku, że zostawiam na dysku tylko same miody. Jeśli nie mam ochoty wrócić do jakiejś płyty, natychmiast ląduje w koszu.
Kourgane się uchowało. Przede wszystkim już okładka sugerowała coś interesującego. Nie wiem, jak tę muzę scharakteryzować. Raczej rock niż metal, po francusku, ale to nie przeszkadza, a nawet ma swój urok. Połamane rytmy, fajne brzmienie gitar, transowe powtarzalne riffy. Oryginalna rzecz, zapadająca w pamięć, warta poznania. Ściągnąłem wszystkie trzy płyty, które do tej pory nagrali, ta jest najlepsza, choć poprzednia też niczego sobie.
Kourgane - "Corps de Chasse", 2011, 69 MB
Kourgane 2011
wtorek, 28 czerwca 2011
Stalker
Byłem parę dni w Szczecinie. Niejako wprosiłem się do mepooha, ale nie miał chyba nic przeciwko. A jak mepooh, to i baktrian - taki nierozłączny duet.
Chciałem zmienić trochę bodźce i feromony, bo tu u siebie na wsi w istnym babińcu siedzę, otoczony samymi kobitami. Pojechałem, żeby pobyć trochę w męskim towarzystwie, popić, pogadać no i oczywiście pofocić.
Szczeciński duet stanął na wysokości zadania, mimo kontuzji. Mepooh po wypadku samochodowym (zaliczył niedawno dachowanie), dzielnie znosił trudy wędrówki, mimo złamanego obojczyka. Baktrian kilkanaście dni temu miał operację przepukliny pachwinowej, ale - choć tradycyjnie narzekał na wszystko - szwendał się ze mną po mieście, pokazując mi miejsca, których sam bym w życiu nie znalazł, nawet z najlepszym przewodnikiem.
Ale na pierwszy ogień poszły wcale nie szczecińskie zaułki, tylko Police. Teraz słynne z tego, że produkują nawozy sztuczne dla całej Polski, jednak w czasie wojny były miejscem, gdzie wytwarzało się syntetyczne paliwa. Na obszarze kilkuset hektarów stały setki industrialnych budynków - hal, zbiorników, magazynów - które obecnie niszczeją i zarastają zielenią. Chodząc po ni to lesie, ni to parku, czułem się trochę jak Stalker w zonie. Zza wysokich brzóz nagle wyłaniał się szkielet jakiegoś wieżowca albo ogromna hala bez dachu i okien. Widok po prostu masakryczny, tak zaskakujący, że nie sposób go zapomnieć.
Bombardowane to było bezlitośnie w czasie okupacji, dlatego niemal wszystko jest dzisiaj w ruinie. Uchowały się cylindryczne zbiorniki z zajebistym echem w środku i niektóre mniejsze budynki, ale większość konstrukcji to obraz nędzy i rozpaczy. Na dachach rosną kilkunastometrowe brzozy, wszystko porasta mech i porosty. Podłogi dziurawe, trzeba uważnie patrzeć pod stopy, żeby nie wylądować piętro niżej, a piętra są konkretne, co najmniej pięciometrowe.
Czasem urządzają sobie tu zabawy paintballowcy albo wspinacze skałkowi, ale generalnie teren jest opuszczony i widać, że nikt nie kwapi się, żeby coś z nim zrobić. Jakieś szczecińskie towarzystwo historyczne urządza czasami po tych terenach wycieczki z przewodnikiem, ale to raczej śmieszne inicjatywy, które na pewno nie uratują tej zony. Za duża kasa wchodzi w grę...
Najbardziej niesamowity jest wszechobecny śpiew ptaków. Przeciskasz się między drzewami, a zewsząd otacza cię nieprzerwany trel.
- Przyroda odbiera, co swoje - skomentował krótko mepooh.
Podejrzewam, że jeszcze kilkadziesiąt lat, i to miejsce zniknie pod zielonym dywanem. Budynki się rozsypią (już teraz wiele z nich ledwo stoi), ścieżki zarosną. Szkoda, bo miejscówka jest naprawdę niesamowita, wymarzony plener do jakiegoś industrialnego horroru.
Słucham sobie teraz duńskich metalowców i w sumie ulepia się to jakoś z tymi klimatami.
Die - Rise of the Rotten, 2010, (320kbps, 83 MB)
DIE - Rise of the Rotten
poniedziałek, 20 czerwca 2011
Knoty
Współpracuję od paru lat z wrocławskim wydawnictwem specjalizującym się w kartkach pocztowych. Znaleźli moje prace w necie, na śmiesznym polskim portalu o nazwie Fotigo (nawet nie wiem, czy jeszcze istnieje). W ich propozycji wyjątkowe było to, że chcieli wypuścić na rynek kilka kartek z moimi zdjęciami, nie dość że w formacie 16x16cm, to jeszcze czarno-białych. Można jeszcze je kupić w EMPiK-ach, bo nakłady były sporawe, po kilkadziesiąt tysięcy sztuk. Niektóre wzory - jak to nazywają - zeszły na pniu i trzeba było robić dodruki, w co mi graj, bo idzie za tym dodatkowa kasa.
Właściciele, młode małżeństwo z dwójką małych dzieci, to przemili, inteligentni i otwarci ludzie. Miałem okazję ich poznać, kiedy przyjechali na wczasy w moje okolice. To spotkanie nie wpłynęło jakoś znacząco na naszą współpracę, powiedziałbym nawet, że sprawy zaczęły się układać jakby gorzej. Przestali zamawiać nowe rzeczy, sporadycznie odzywali się tylko w sprawach dodruków.
Jakiś czas temu Andrzej, szef wydawnictwa, rysownik (całkiem zdolny), napisał mi w mailu, że miałby dla mnie taką małą sugestię-prośbę. Zauroczony moim wydmowym cyklem ze szczudlarzami zaproponował, żebym na te ruchome piaski - zamiast postaci na szczudłach - wkleił młode pary.
- Mogą być nawet tyłem - dodał. - Tak będzie nawet lepiej, bo ludzie nie chcą rozpoznawać twarzy na zdjęciach.
Kartki pocztowe z nowożeńcami to żyła złota, schodzą jak świeże bułeczki. Problem w tym, że większość dostępnych wzorów to sztampa, a nawet szmira. Banał goni banał, zero inwencji, pomysły są najwyżej lekko zmieniane, a bywa, że i bezczelnie kradzione.
Nie powiem, spodobał mi się ten pomysł, tym bardziej, że widziałem już te kokosy ze sprzedaży. Rzuciłem wszystko i zasiadłem do pracy. W kilka dni zrobiłem około dziesięciu prac. Podekscytowany, wysłałem Andrzejowi miniaturki mailem.
Milczał przez dobry tydzień, aż się zastanawiałem, czy nie zadzwonić z pytaniem, czy odebrał wiadomość. Postanowiłem poczekać. Następnego dnia sprawdzam pocztę - jest odpowiedź. Z bijącym sercem otwieram maila i mina mi rzednie po każdym przeczytanym wyrazie.
- Słuchaj, zrobiliśmy zebranie redakcyjne - pisze w tym mniej więcej tonie. - Pokazałem te twoje projekty i doszliśmy wspólnie do wniosku, że niestety, ale są za smutne. Wyglądają bardziej jak zdjęcia rozwodowe, niż ślubne.
Nosz kurwa, krew mnie zalała. Zastosowałem się ściśle do jego sugestii, a tu mi wyjeżdża z takim gównem. Od razu zapał mi opadł. Trzymam te wszystkie prace nadal na dysku, szkoda mi mojego czasu i pracy. Niektóre pokazywałem na portalach w necie, aczkolwiek z oporami i raczej niechętnie.
U góry próbka rozwodowej fotografii mojego autorstwa.
* * *
Pisałem wczoraj, że muzycznie jestem znudzony i zniesmaczony nowościami, dzisiaj los mnie nagrodził. Odkryłem zespół The Book of Knots. Ściągnąłem płytkę z tego roku, zaintrygowany oszczędną okładką. Spodziewałem się blackowej młócki, tymczasem zawartość jest raczej rockowa, z tendencją ku awangardzie.
Mrocznie, apokaliptycznie, tajemniczo, ale słucha się tego z ciekawością. Kawałki są zróżnicowane, czasem pachną Davidem Bowie z okresu jego współpracy z Brianem Eno, gdzieś w tle pobrzmiewa Diamanda Galas, jeden z kawałków przypomina nawet Waitsa. Z tym, że nie ma mowy o ślepym naśladownictwie. Słychać, że to świadoma twórczość, nieco surowa, ale przejmująco świeża i na swój sposób oryginalna.
Poczytałem trochę w necie i wszystko stało się jasne. Knoty nie wzięli się znikąd, grali wcześniej w odjazdowym bandzie Sleepytime Gorilla Museum, i jak się uważniej przysłuchać, podobieństwa są. Naprawdę miła niespodzianka, na razie mam dwie płyty (tę i poprzednią - Traineater) i się zasłuchuję. Najnowsza jest chyba lepsza, tak brzmieniowo, jak i treściowo, ale obie dają radę. Zaraz poszukam najstarszej, pierwszej, a chyba nie będzie to łatwe, bo drugą dość długo namierzałem.
The Book of Knots - Garden Of Fainting Stars, 2011
Book of Knots - Garden
Beton
Fotograficznie miasto mnie przerasta. Nie wiem, co robić, czy skupić się na detalu, fotografować architekturę czy może ludzi. Mnogość różnorodnych bodźców rozprasza mnie i stresuje, dlatego najczęściej z miejskich wypadów przywożę co najwyżej parę dobrych zdjęć. Zdarza się, że coś przykuje moją uwagę i zainspiruje mnie od razu, ale rzadko tak bywa. Przyzwyczaiłem się do wiejskich plenerów, otwartej przestrzeni i samotnych drzewek na horyzoncie, pewnie dlatego tak trudno mi się przestawić w betonowej dżungli. Trochę to dziwne, zważywszy, że urodziłem się w mieście i spędziłem w nim większość życia.
Nie robię tzw. normalnych zdjęć, tylko od razu z myślą o wklejkach, stąd moje wymagania są specyficzne. Kiedyś nawet niespecjalnie zwracałem uwagę na światło, bo - mówiłem sobie - i tak podrasuję całość w photoshopie. Okazuje się, że nie wszystko da się uratować w kompie, zbytnia ingerencja odbija się na jakości, dlatego najlepiej mieć od razu dobry punkt wyjściowy. Teraz, jak kadruję krajobraz, ucinam całość nad samym horyzontem, bo i tak dokleję niebo z innego zdjęcia.
Ostatnio miałem całkiem udany fotograficznie wyjazd do Poznania. Pogoda była nieszczególna, na początku szaruga i lekka mżawka, ale później pokazało się ostre słońce, może niezbyt korzystne dla zdjęć, ale lepsze to niż niebo jak blacha i zero kontrastu. Przechodziliśmy przez jakiś placyk z fontanną i rzeźbami, niestety nie pamiętam przy jakiej ulicy. Przy fontannie była przedziwna betonowa konstrukcja, ni to chodnik, ni to wysepka. Obcykałem ją z różnych pozycji, pod światło, z boku, z wyższej i niższej perspektywy, bo byłem pewien, że coś z niej wycisnę. Powyżej jedna z próbek z udziałem tego betonu.
Oczywiście cały czas przy pracy towarzyszy mi muzyka. Coś ostatnio wybredny się zrobiłem, co ściągnę, to od razu kasuję, bo nic mi się nie podoba. Wracam do starych, sprawdzonych dźwięków, przekopuję pudełka z płytami, żeby odświeżyć coś, co lubię, a dawno nie słuchałem. Deathcorem chyba się nasyciłem, nowe produkcje nie wywołują u mnie już takiego podniecenia, jak jeszcze parę miesięcy temu. Wyszła niedawno nowa płyta The Black Dahlia Murder, spoko, ale bez szału.
Czekam na nowy Opeth, nie powiem, za każdym razem to jest wydarzenie, przynajmniej dla mnie. Tymczasem natrafiłem na bardzo zacną debiutancką płytkę młodych kolesi ze Stanów. Kapela nazywa się Allegaeon i gra - najprościej rzecz ujmując - melodyjny, techniczny death metal. Ale za to jak gra! Bębniarz precyzyjny jak cyborg, gitarzyści kreatywni, fajne riffy rzeźbią i, co najważniejsze, nie przesadzają z wirtuozerią. Produkcja klarowna, selektywna, dużo napierdalanki, ale i melodii. Dobrze się tego słucha, zespół cały czas daje do przodu, i o to chodzi. Jak na debiut (wcześniej wydali tylko EP-kę), to naprawdę dojrzała rzecz i dobrze wróży na przyszłość.
Allegaeon - Fragments of Form and Function (2010)
Allegaeon - Fragments of Form and Function
piątek, 17 czerwca 2011
Jak w niebie
Jestem wielkim fanem skandynawskiego metalu, ale również tamtejszego kina, szczególnie współczesnego. Dlatego dzisiaj trochę inaczej. Nie będzie o fotografii, ale o filmie; nie będzie rzeźni, tylko muzyka religijna.
Poniższy tekst pochodzi z moich dziennikarskich czasów. Był publikowany w Dozie Kultury na tlenie.
Jak w niebie
Obserwując najnowsze produkcje światowej kinematografii, można dojść do wniosku, że ostatnim bastionem realistycznego kina, w którym liczą się wiarygodność i emocje, pozostaje Europa. Najlepszym tego przykładem jest film szwedzkiego reżysera Kaya Pollaka pt. Jak w niebie. Szwedzka prowincja
Światowej sławy dyrygent Daniel Daréus (w tej roli wyśmienity Michael Nyquist), z powodu zbyt intensywnego trybu życia, zmuszony jest - po wczesnym zawale - wziąć przymusowy urlop. Lekarz zaleca mu długą rekonwalescencję, najlepiej z dala od tłumów i cywilizacji. Mężczyzna postanawia wrócić do rodzinnej wsi i tam podreperować swoje zdrowie. Kupuje budynek starej szkoły, do której chodził w dzieciństwie, i powoli przyzwyczaja się do spowolnionego i wyciszonego życia na głębokiej szwedzkiej prowincji.
Tajemniczy przybysz wzbudza zrozumiałe zainteresowanie miejscowych. Nikt we wsi nie wie, że mieszkał tam kiedyś jako młody chłopak. Po brutalnym pobiciu, jakiego doznał od szkolnego kolegi - Conny'ego, matka (samotnie wychowująca syna), postanowiła przeprowadzić się do odległego miasta. Chłopiec kontynuował tam naukę i rozwijał swoją karierę skrzypka. Po tragicznej śmieci matki, która zginęła pod kołami samochodu, Danielem zaopiekował się impresario, który dla celów marketingowych zmienił mu nazwisko.
Już pierwsze sceny filmu pokazują, że życie na prowincji jest prostsze, bardziej surowe, ale rządzi się swoimi prawami, zgoła innymi od tych, które muzyk obserwował przez ostatnie lata. Mężczyzna widzi przez okno białego królika. Zafascynowany jego pięknem, sięga po Polaroid i robi zdjęcie. W czasie, kiedy mu się przygląda, za szybą pada strzał. Zwierzę ginie, zastrzelone przez myśliwego. Strzelcem, o ironio, jest Conny, ten sam, który pobił go w dzieciństwie.
Następne ujęcie: podczas wieczornego spaceru po wiosce Daniel widzi mężczyznę bijącego żonę. Próbuje interweniować, ale nie daje rady; mało tego, obrywa przy tym dotkliwie. Mężczyzną znowu jest Conny. Ich losy, splecione ze sobą kilkadziesiąt lat temu, ponownie się splotły. To zderzenie wrażliwości i agresji stanowi prawdziwy trzon filmu, choć nie jedyny.
Otworzyć serce
Jak w niebie jest właściwie filmem o miłości. Miłości do ludzi i muzyki. To uczucie potrafi zmienić wszystkich i wszystko, pod warunkiem, że otworzymy swoje serca.
Główny bohater, choć obiecywał sobie odpocząć od muzyki, zostaje dyrygentem miejscowego chóru. Nigdy nie pracował z amatorami, dlatego praca we wczesnej fazie idzie mu opornie. Daniel próbuje ich przekonać, że muzyka jest wszechobecna; jest naokoło, wystarczy tylko po nią sięgnąć. W filmie jest zabawna scena, kiedy po jednej z pierwszych, nieudanych prób, dzwoni po radę do swojego włoskiego przyjaciela, który kształci sławnych na całym świecie śpiewaków operowych.
Na szczęście w krótkim czasie grupa amatorów, która lubiła sobie pośpiewać bez zobowiązań, przechodzi piękną i poruszającą metamorfozę. Odkrywają w sobie uczucia i ambicje, o które się nawet nie podejrzewali. Wspólny występ w kościele kończy się ogromnym sukcesem, co jeszcze silniej konsoliduje grupę. Szybko tworzy się fantastyczna wspólnota ludzi oddanych jednemu celowi - śpiewaniu.
Przyglądanie się, jak kolejni chórzyści na próbach wyzwalają się, pozbywają kompleksów, to prawdziwa przyjemność. Przy okazji zmieniają też Daniela, który przez większą część życia, mimo sukcesów zawodowych i dostatniego życia, pozostawał samotny. Pod wpływem przyjaciół otwiera się, nabiera zaufania do innych, uczy się być szczęśliwym. Szybko staje się członkiem społeczności. Poznaje problemy swoich podopiecznych, próbuje - poprzez swoistą terapię muzyką - pomagać im je rozwiązać. Mimo że jest kontrowersyjny i tajemniczy, szybko zyskuje sympatię i szacunek otoczenia.
Podzielenie
Nie wszystkim jednak podobają się nowoczesne metody jego pracy. W bogobojnej i konserwatywnej wiejskiej społeczności wprowadza element zamieszania, co niepokoi strażników moralności i ładu, szczególnie zaś miejscowego pastora. W szybkim czasie staje się on jego największy wrogiem, czyhającym na najdrobniejsze potknięcie. Mówi się, że jeśli ktoś chce uderzyć psa, bez problemu znajdzie kij. Tak jest i w tym przypadku. Na spotkania chóru uczęszcza Lena (Frida Hallgren) - młoda, atrakcyjna blondynka, często zmieniająca obiekty swego zainteresowania. W purytańskiej, prowincjonalnej społeczności, taki styl życia nie wszystkim się podoba, jednak nikt nie ma odwagi, by publicznie ją skrytykować. Dziewczyna wpada w oko Danielowi, co staje się pretekstem do rozwiązania chóru przez pastora, mimo iż do niczego między nimi nie doszło. To kluczowy moment filmu. Podzielona społeczność musi się opowiedzieć po którejś ze stron. Z jednej strony mamy szanowanego duchownego, który w ostatecznym rozrachunku okazuje się zarozumiałym hipokrytą, po drugiej zaś pasjonata kochającego muzykę, mającego problemy z własnymi emocjami. Pomaganie innym pomaga też jemu. Następuje zwrot akcji - chór odwraca się od pastora i staje po stronie Daniela. Zajęcia odbywają się w jego domu. Podobnie jak jego podopieczni, zmienia się i wygrywa walkę z własnymi demonami. Wygrywa szczerość i umiłowanie piękna. To rzadkie tematy we współczesnym kinie, dlatego dzieło Pollaka zasługuje na szczególną uwagę. A ostatnia scena filmu (nie zdradzę jaka) powinna przejść do kanonu kina, nie tylko szwedzkiego, ale światowego. Choćby tylko dla niej warto wybrać się do kina.
***
Powiem tylko tyle: facet za ten projekt dostał w 2004 roku nagrodę Grammy.
Frode Fjellheim - Aejlies Gaaltije - The Sacred (2004)
Frode Fjellheim - The Sacred
środa, 15 czerwca 2011
Polska
- Znowu męczysz tę Polskę? - zdziwiła się Ada, patrząc przez ramię na to, co miałem właśnie na ekranie.
No męczę... Pierwszą, czarno-białą wersję tego pomysłu, zrealizowałem parę lat temu. Zarzucano mi plagiat, ale przyznaję bez bicia, że wpadłem na niego sam, zainspirowany kształtem pewnej kałuży.
Wybrałem się kiedyś wieczorem na plażę w Łebie, z zamiarem porobienia długich czasów z ND. Nie powiem, porobiłem, ale niestety zapomniałem przestawić aparat z jpgów na RAW-y i prawie wszystkie foty wylądowały w koszu. Z tego wypadu uchowało się raptem kilka zdjęć, i to tych robionych już bez filtra.
Było to, o ile dobrze pamiętam, późną jesienią. Łeba poza sezonem naprawdę może się podobać. Na plaży nie spotkałem żywego ducha, widziałem jakichś ludzi, ale bardzo daleko - jako małe punkciki na horyzoncie. Szedłem mokrą plażą w kierunku zachodzącego słońca i w którymś momencie aż mnie zamurowało. Dostrzegłem kałużę w kształcie Polski. No może niedokładnie, ale bardzo podobną. W wyobraźni zobaczyłem już, jak to powinno wyglądać. Wiedziałem też, jak to powinienem obrobić i na samą myśl cieszyłem się z tej roboty.
Niestety, w domu okazało się, że fotki są kiepskiej jakości, lekko niedoświetlone i zaszumione. Gdybym robił RAW-y, pewnie dało by się z nich coś wycisnąć. Plułem sobie w brodę z tego powodu. Mógłbym oczywiście wrócić i zrobić tę kałużę jeszcze raz, z tym, że plaża ma to do siebie, że nigdy nie jest taka sama. Krótko mówiąc, tego bajorka już tam pewnie nie było. Dlatego znalazłem gdzieś w necie mapę Polski, obrysowałem kontury i wkleiłem na plażę. Zrobiłem odbicie chmur, dopracowałem odblaski światła i cienie. Wyszło może nie do końca tak, jak bym chciał - głównie ze względu na kiepską jakość - ale byłem zadowolony, że udało mi się doprowadzić do końca pierwotną koncepcję.
Sprzedałem jeden wydruk tego pomysłu w necie. Niestety, przy rozmiarze 30x30cm wyszła straszna chujnia, aż się obawiałem, że klientka odeśle mi pracę. Na szczęście nie zwracała takiej uwagi na jakość, była bardzo zadowolona, do tego stopnia, że za jakiś czas kupiła ode mnie kilka innych fotografii.
We mnie jednak pozostał niedosyt. Chciałem uniknąć podobnego stresu, dlatego jakiś czas temu przysiadłem ponownie do tej Polski, tym razem na bazie RAW-ów. To, co widać u góry, to już chyba siódmy wariant tej pracy. Niby wszystko gra, ale ciągle mam wrażenie, że to jeszcze nie to. Jestem na sto procent pewien, że będę próbował nadal.
* * *
Skoro tyle o tej Polsce, to aż nie wypada wrzucać tu niczego zagranicznego. Narzekanie, że u nas w kraju nie ma dobrej muzy, to typowo polski dodupizm, albo wynik zwyczajnej ignorancji. Dobrej muzy jest od chuja! Weź Kamilę Kostur. Albo Spiętego. Albo nawet Mozila. Kurde, jest Kayah - moim zdaniem artystka światowej klasy, jest Hate, Behemoth, Vader, Waglewski. Ech, wymieniać by do rana...
Ostatnio bardziej siedzę w metalowej rzeźni, dlatego wybrałem płytę wrocławskiego Lost Soul. Krążek sprzed dwóch lat, Immerse in Infinity. Że przeszedł niezauważony, to dla mnie niepojęte. Wiele zachodnich kapel nie zasługuje nawet, żeby zagrać support przed tym zespołem. Absolutna masakra. Kapitalna produkcja, bębniarz-kosmita, świetne pomysły. Jest moc, tempa w granicach dwustu (kto gra na bębnach, wie o co biega), ciosane riffy, mocne, ciężkie, zmyślnie przeplatane momentami wyciszenia i zwolnień. Słychać, że materiał jest dopracowany na maksa, przemyślany, dopieszczony w najdrobniejszych szczegółach. Mieli na to cztery lata, od poprzedniej płyty, więc nie ma się czemu dziwić.
Jedyny mankament to, moim zdaniem, nie najlepszy growl. No, ale - jak mówili w pewnym amerykańskim filmie - nikt nie jest doskonały.
Lost Soul - "Immerse in Infinity", 2009, 133MB
Lost Soul - Immerse in Infinity
wtorek, 14 czerwca 2011
Typy chrypy
Dzisiaj kolejna z moich dziennikarskich wypocin, nieco zmodyfikowana na potrzeby netu.
Zachrypnięty głos może być oznaką zapalania gardła, ale i znakiem rozpoznawczym wokalisty. Wielu facetom przyniósł sławę.
Posiadaczem najbardziej znanej na świecie chrypy jest Louis Armstrong, fenomenalny, nieżyjący już trębacz. Choć nagrał kilkadziesiąt instrumentalnych albumów jazzowych, bardziej znany jest jako wykonawca piosenek. Jego szlagier What A Wonderful World kojarzą nawet ci, którzy na dźwięk trąbki zmieniają stację w radiu. Duety Armstronga z Ellą Fitzgerald, pierwszą damą jazzu, to już klasyka. Mimo ponad 50 lat od nagrania, te piosenki nadal brzmią rewelacyjnie, dostarczając wzruszeń kolejnym pokoleniom melomanów.
Alfabet
Ameryka dała światu jeszcze jednego „chrypola” - Toma Waitsa. Wielokrotnie porównywany był z Armstrongiem, ale nie dlatego, że gra na trąbce (bo nie gra), tylko ze względu na chrypę. Barwa jego głosu i sposób śpeiwania przypomina też bardzo Captaina Beefhearta, o którym pisałem wcześniej. Trudno wyczuć, na ile inspirował się jego dokonaniami, a na ile jest to zwykła zbieżność.
Od początku kariery Waits wzbudzał skrajne emocje, od zachwytu po pogardę. Krytycy czepiali się, że jego sposób śpiewania jest manieryczny, a głos nienaturalny. Jeden z nich napisał nawet: „Gdybym zjadł cały alfabet, wysrałbym pewnie lepsze teksty od Waitsa”.
Muzyk miał to głęboko gdzieś i konsekwentnie robił swoje. Udało mu się nagrać kilka niezapomnianych albumów, (Rain Dogs, Frank’s Wild Years), a w 1992 roku zdobył nagrodę Grammy za - średni moim zdaniem krążek - Bone Machine.
Waits znany jest ze swojego specyficznego humoru i niecodziennych skojarzeń. Twierdzi na przykład: „Musisz być cały czas w ruchu, bo jeszcze żaden pies nie obsikał jadącego samochodu”. Od lat stosuje się do tej zasady. Ciągle poszukuje nowych środków wyrazu; wykorzystuje zdezelowane instrumenty, zaprasza do studia bezdomnych, nagrywa dźwięki ulicy. Wszystko po to, by w swej muzyce dobrze oddać charakter miejskiego zgiełku. Paradoksalnie, mieszka wraz z żoną Kathleen Brennan, autorką wielu tekstów, na wsi. Wpływowy magazyn "Paste" umieścił to małżeństwo na 4. miejscu listy 100 najlepszych żyjących autorów piosenek.
Bard-emeryt
Leonard Cohen, posiadacz równie charakterystycznej chrypki, w Kanadzie, skąd pochodzi, jest otoczony kultem. Jego nowe tomiki poezji rozchodzą się jak świeże bułeczki, a płyty z dnia na dzień stają się bestsellerami.
Autor hitu Dance Me To The End of Love chyba wyśpiewał swoją przyszłość. W 2005 roku okazało się, że został bez grosza przy duszy. Jego była przyjaciółka, jednocześnie menadżer Kelley Lynch, sprzeniewierzyła 5 milionów dolarów z funduszu emerytalnego. Mimo że Cohen wygrał sprawę sądową, Lynch ignoruje wezwania zapłaty i nic nie wskazuje na to, że uda mu się odzyskać straconą kasę.
Kilka lat temu wszedł na ekrany film w reżyserii Liana Lunsona pt. I’m Your Man (tytuł jednej z płyt Cohena). Zawiera fragmenty dwóch koncertów z 2004 roku (Brighton i Sydney) poświęconych poecie. Piosenki Cohena wykonują zaproszeni goście, m.in. Nick Cave, Rufus Wainwright, Beth Orton, Jarvis Cocker i Antony. Absolutną sensacją jest duet Leonarda Cohena z U2 w utworze Tower of Song.
W filmie wykorzystano obszerne fragmenty wywiadu z artystą. Opowiada o czasach beatników, spotkaniach z prawdziwą Suzanne, bohaterką jednej ze swoich najsłynniejszych piosenek, buddyzmie, poezji, samotności.
"Nigdy nie czułem się dobrze w dżinsach, nigdy do mnie nie pasowały" – wyznaje.
Artysta ma liczne grono fanów w Polsce, do czego przyczynił się propagator jego twórczości, Maciej Zembaty. Album Cohena Dear Heather zawiera niespodziankę dla polskich fanów. W podziękowaniu za ich wierność, muzyk zadedykował im jedną ze swoich litografii, która dodawana była do każdej płyty kupionej w naszym kraju. To precedens na skalę światową.
Grabarz i lowelas
Rod Stewart, zanim zajął się śpiewaniem, był m.in. grabarzem. Jego kariera muzyczna przebiegała dosyć burzliwie. Podczas jednej z pierwszych tras koncertowych został deportowany z Hiszpanii do Anglii za… włóczęgostwo. Żył jak prawdziwy rockman, nie stroniąc od używek i o wiele młodszych od siebie kobiet. Jemu, w odróżnieniu od Cohena, dżinsy pasowały. Chrypka towarzyszyła mu od samego początku śpiewania. Dziś ma na karku prawie 70 lat i siedmioro dzieci. W ostatnich latach dostarczał co jakiś czas pożywki brukowcom, rozwodząc się z modelką Rachel Hunter. Niedawno został ojcem synka Alastaira, którego matką jest Penny Lancaster, kolejna młoda modelka.
Rozwód nadwerężył stan konta artysty, stąd zapewne jego pomysł, żeby rzucić się na zbiór znanych kawałków i przygotować ich własne wersje. To metoda sprawdzona przez niejednego wokalistę, który utknął w martwym punkcie. Steward nagrał zbiór coverów pt. „Still The Same... Great Rock Classics of Our Time”, reklamowany jako pierwsze rockowe dzieło artysty od ponad ośmiu lat. Sprawdziło się, album od razu wylądował na szczycie amerykańskiej listy przebojów i stał się takim samych hitem kasowym, jak trzy poprzednie zbiory The Great American Songbook, nagrane w latach 2002-2005. Na krążku znalazł się m.in. przebój Vana Morrisona Crazy Love oraz piosenka If Not For You Boba Dylana.
Koza
Ten ostatni też dysponuje niezłą chrypką, choć kiedy zaczynał, jego głos kojarzył się wielu raczej z beczącą kozą. Frank Zappa wielokrotnie szydził z maniery wokalnej Dylana, parodiując go na koncertach. Tymczasem Dylan nie krył, że zaczął śpiewać po to, by stać się sławnym i zarobić dużo kasy. Nie wiadomo, ile w tym artystycznej przekory, a ile prawdy, w każdym razie swój cel osiągnął. Aż trudno w to uwierzyć, ale karierę muzyczną zaczynał w 1962 roku. Nagrał do tej pory blisko 40 albumów studyjnych, z których najbardziej znane to choćby Highway 61 Revisited czy Blood on The Tracks.
Pod koniec lat 90. wydawało się, że kariera Dylana dobiega końca. Artysta zaskoczył wszystkich, nagrywając w 1997 roku pod okiem producenta Daniela Lanois rewelacyjny album pt. Time out of Mind. Potwierdził swoją klasę cztery lata później, wypuszczając na rynek rockandrollowe Love and Theft. W tak zwanym międzyczasie firmował kilka swoich bootlegów, jednak fani czekali na kolejną płytę studyjną. Doczekali się. Krążek Modern Times pokazuje, że można się starzeć z klasą. Dylan gra na większości instrumentów, a werwa go nie opuściła.
Poezje Dylana były inspiracją dla wielu pokoleń amerykańskich twórców, windując go na pozycję barda nr 1 USA. Jego teksty, także na tym krążku, świetnie łączą metafizykę z nieco ironicznym humorem. Kto wie, czy gdyby nie one, Dylan kiedykolwiek zrobiłby karierę ze swoim zachrypniętym, coraz bardziej łamiącym się głosem.
Poniżej do posłuchania jeden z moich ulubionych albumów Waitsa. Byłem na jego koncercie w Kongresowej, niezapomniane misterium. Gardło mnie bolało od ryczenia razem z nim, a ręce miałem opuchnięte od klaskania. Najlepszy koncert, na jakim byłem w życiu.
Tom Waits - Swordfishtrombones (1983), 72 MB
Tom Waits - Swordfishtrombones
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)






