wtorek, 3 maja 2011

Skrzypiąca stopa



Pracowałem kiedyś w sklepie muzycznym. To była krótka, prawie roczna przygoda, jak przenoszona ciąża. Nie chwaląc się powiem tylko tyle, że za mojej kadencji obroty wzrosły czterokrotnie.

Żeby wiedzieć, co sprzedaję, słuchałem wszystkiego. Do D'Sound podchodziłem jak pies do jeża, odstraszała mnie i nazwa, i okładka. Byłem przekonany, że to jakaś holenderska kapela techno. Po pierwszych dźwiękach szczena mi opadła. Analogowe brzmienia, najczystszy soul, werbel-pikolaczek i świetny kobiecy wokal. Przesłuchałem całą płytę z wypiekami na twarzy, ciesząc się jak dziecko z każdego następnego kawałka. Potem jeszcze raz, i jeszcze. Męczyłem ten album dobre parę miesięcy, udało mi się nim zarazić parę osób.

D'Sound jest z Oslo. Już to jest wyjątkowe. Norwegia kojarzy się z fiordami i black metalem, ale jak widać, stereotypy potrafią zmylić. W 1993 roku trójka przyjaciół - Simone, Jonny i Kim - zafascynowanych czarną muzyką, postanowiła założyć własną grupę. Przeszli klasyczną drogę początkującego zespołu - grali w małych klubach, często do kotleta, występowali jako support przed gwiazdami i cały czas zbierali kasę na wejście do studia. Na debiutancką płytę przyszło im czekać prawie cztery lata. Tak w 1997 ukazał się krążek zatytułowany Spice of Life.

Okładka rzeczywiście może mylić. Przejaskrawione, kolorowe zdjęcie zespołu wskazuje bardziej na jakąś kapelę techno. Zawartość muzyczna płyty nie ma jednak z techno nic wspólnego. Oszczędne instrumentarium (bas, perkusja, klawisze, czasami trąbka) i niezwykła selektywność brzmienia stanowią doskonałe tło dla charyzmatycznego, nieco zachrypniętego altu Simone. Całość oscyluje wokół popu, jednak niemal w każdym kawałku pojawiają się elementy zaczerpnięte z innych stylów - soulu, acid jazzu, funky, drum’n’bassu. Wokalistka śpiewa po angielsku. Trzeba przyznać, że - w odróżnieniu od niektórych polskich wykonawców - robi to z niezwykłym smakiem i nikt by nie przypuszczał, że D'Sound nie pochodzi z Anglii.

Widać, że grupa poświęciła dużo czasu na przygotowanie materiału, każda z 12 piosenek jest dopracowana w najmniejszych szczegółach. Singiel Real Name znalazł się na szczycie norweskiej listy przebojów, a cały album został nominowany do nagrody Spellemannpriser, stanowiącej odpowiednik angielskich Brit Awards czy amerykańskiej  Grammy. Dwa kolejne single z płyty - Smooth Escape i All I Wanna Do - były numerami jeden na listach przebojów.

Polecam, to czysty miód dla ucha. Można tej płyty słuchać bardzo głośno, a nawet trzeba. Czasem słychać, jak perkusiście skrzypi stopa :)

D'Sound - Spice of Life, 1996 (256 kbps, 84.7 MB)



01. Good Man Good Girl
02. Smooth Escape
03. Love Is On My Way
04. All I Wanna Do
05. Saturdaynightlies
06. Real Name
07. Isnt All That Easy
08. Sunshine Philosophy
09. Spice Of Life
10. Slow Dancing French Kissing
11. I Know It Will Be
12. Missing You

D'Sound - Spice of Life.rar

poniedziałek, 2 maja 2011

Elephantasy






Wróciliśmy niedawno z zoo w Gdańsku-Oliwie. Nie ukrywam, że pojechałem tam, żeby porobić zdjęcia zwierząt do wklejek. Głównym powodem było jednak zrobienie frajdy Ninie, która wprost uwielbia zwierzaki, a na żywo widziała co najwyżej psy, koty i kury sąsiada.

Nie obyło się bez przygód. Moja prywatna definicja przygody: zdarzenie, które doprowadza cię do szału, kiedy trwa, a które wspomina się ze śmiechem. Uniosłem się honorem i powiedziałem, że na pewno trafimy tam bez nawigacji. Tyle razy przejeżdżaliśmy obok, pamiętam ten wielki pomarańczowy napis ZOO, spoko.

Przeoczyliśmy zjazd z obwodnicy. Kiedy zorientowaliśmy się, że coś jest nie tak, byliśmy dobre 20 kilometrów za daleko.

Nastawiłem nawigację, zawróciliśmy, ale coś się pojebało z tym urządzeniem, bo wyprowadziło nas na zupełne manowce. Mapa pokazuje, że do celu mamy 1,4 km, a jesteśmy przy jakichś ogródkach działkowych. Skończyła się asfaltówka, dalej tylko polna droga z takimi dziurami, że nasz nissanik podskakiwał, jak te murzyńskie cadillaki w teledyskach rapowych. Nina miała ubaw, jak cholera, my też w końcu zaczęliśmy nerwowo rechotać.


Druga sprawa, że Gdańsk jest teraz totalnie rozkopany, wszędzie objazdy, pozamykane pasy ruchu, a mapę mam nie najnowszą. Stanęliśmy przy jakiejś wiejskiej pijalni, ustawiłem trasę ponownie i okazało się, że jesteśmy niedaleko, jakieś 8 kilometrów od celu. Musiałem zatankować, bo przez te niezaplanowane kilometry prawie skończyło się paliwo. Na stacji, żeby się ostatecznie upewnić, spytałem kobitki, jak dojechać do zoo. 

- Może pan tu wjechać pod górę, tak jak pan do nas zjechał, ale tam dalej jest zakaz skrętu. Musiałby pan przejechać kawałek pod prąd i dalej już prosto z górki, wyjedzie się przed samym zoo. Albo może niech pan nie ryzykuje... Lepiej wjechać na obwodnicę, pojechać cztery kilometry do zjazdu, zawrócić i tu z ronda już ma pan prostą drogę, tak jak te samochody tam jadą - pokazała na górkę.

No dobra, wybrałem opcję "praworządny obywatel", wjechałem na obwodnicę, zrobiłem kółeczko i jakoś w końcu dotarliśmy.

Refleksja po wizycie w zoo: rozpacz i masakra. Większość zwierząt apatyczna, albo śpi, albo pochowana po kątach. Słoń, którego bardzo chcieliśmy pokazać Ninie, wykonywał jakiś dziwny taniec świętego Wita, kołysał się monotonnie, jakby był chory psychicznie. Przygnębiający widok. Większość kangurów wyglądała jak nieżywa, największy z nich drapał się po zakrwawionym brzuchu. Syberyjskie tygrysy, piękne i dostojne, zamknięte w ciasnych klatkach pod prądem. No koszmar. Takie zwierzę na wolności porusza się na terenie paru tysięcy kilometrów kwadratowych, a tu krąży od siatki do siatki albo większość czasu przesypia...


Nie wiem, czy chcę jeszcze jechać do zoo.

Aż się prosi, żeby muzyczną ilustracją była "Zooropa" U2, ale Irlandczycy mają w dorobku lepsze albumy.
Dlatego:
 
U2 - The Joshua Tree, 1987 (FLAC, 315 MB)





01 - Where The Streets Have No Name
02 - I Still Haven't Found What I'm Looking For
03 - With Or Without You
04 - Bullet The Blue Sky
05 - Running To Stand Still
06 - Red Hill Mining Town
07 - In God's Country
08 - Trip Through Your Wires
09 - One Tree Hill
10 - Exit
11 - Mothers Of The Disappeared

http://depositfiles.com/en/files/913g3w5lq

Gadu Gadu



Dzisiaj krótko i węzłowato. Mam mało czasu, bo zaraz wybieramy się z Niną do zoo.
Grzebiąc w płytach, przypomniałem sobie o Talk Talk. Pamiętam, jakim zaskoczeniem, a nawet szokiem była dla mnie ich przemiana. Po kilku wieśniackich płytach new romantic, kolesie nagrali nagle album, który hipnotyzuje od pierwszych dźwięków, jest dojrzały, przejmujący, po prostu piękny. Chodzi o "The Colour of Spring". Słuchałem go na okrągło ponad 20 lat temu, jeszcze z kasety, ostatnio wałkuję zremasterowaną wersję na CD.
Poniżej link.

Talk Talk - The Colour of Spring, 1986



http://depositfiles.com/files/3919119

niedziela, 1 maja 2011

Nie jest wporzo

 
 Kolejny tekst z moich dziennikarskich czasów. Sprzed paru lat, był publikowany w dziale "Doza Kultury" na portalu www.o2.pl

 
Teraz Stasio

Prowokacja czy szczerość do bólu? Szarganie świętości czy chęć zwrócenia uwagi na rzeczywiste problemy w tym kraju? Takie pytania nasuwają się podczas słuchania prawie każdego utworu jegomościa o niewinnie brzmiącym pseudonimie Stasio.

Dziwny hip-hop

Kim jest Stasio? Na pewno nie niewinnym chłopcem, który chodzi do spowiedzi w każdy piątek i rumieni się, kiedy ktoś przy nim przeklina. Pięć lat temu, nakładem hip-hopowej wytwórni Luna Records, światło dzienne ujrzała płyta Rozbujnik, z rażącym błędem ortograficznym na okładce i symbolem niepełnosprawnego na wózku inwalidzkim zrobionym z gwiazdek. Takich samych, jak na fladze Unii.
W ten sposób zadebiutował 21-letni wówczas Stanisław Majda, tekściarz i wokalista z Zabrza, obecnie absolwent Wydziału Radia i Telewizji w Katowicach. Moc jego pierwszej płyty stanowią teksty, gorzkie, zabawne, ironiczne. Stasio w niewybrednych słowach szydzi z wielu przywar Polaków, choć sam w wywiadach podkreśla swoją słowiańskość i polskość.

„Nie jestem MC i nie gram z DJ-em, tylko z Wiktorem”.

Stasio - Rozbujnik 2001


Ta okładka  to nie przypadek. Rzuca się w oczy, bo taki był jej cel, a zawartość krążka, jeśli można tak powiedzieć, rzuca się w uszy. Patronat nad płytą objęła stacja Viva i Radiostacja, a gościnnie wystąpili na niej Kazik, Olaf Deriglasoff i Dr Yry z El Dupa. Płyta została wrzucona do wora z krajowym hip-hopem, ale ma tyle z nim wspólnego, co Mandaryna z mandarynką. Owszem, wiele podkładów z sampli przypomina pierwsze polskie produkcje tego gatunku, ale to tylko powierzchowne podobieństwo. Muzyka jest tu nienachalnym tłem dla wokalu i tekstów. Stasio nabija się bezczelnie z kolesi, którzy nieudolnie podrabiają czarnych gangsta, choć w wywiadach twierdzi, że na podobnych wzorach się wychował.

(…) spodnie szerokie tak, że do kieszeni po winylu (…)

Prawdziwym szczytem jego kpiny jest krótki, dwuminutowy kawałek, w którym jedyny tekst stanowi powtarzane w różnych intonacjach zdanie: „Joł madafaka, urwę ci ptaka”.

Bomba i zakaz

W polskiej muzyce była już podobna rzecz – Polovirus Kur. Tymon Tymański z kumplami sparodiowali style i trendy obowiązujące w naszym szołbiznesie, nie zostawiając suchej nitki na niczym i nikim. Wydawałoby się, że nagroda Fryderyka dla tej płyty otworzy drzwi dla podobnych produkcji. Niestety, bigoteria nie śpi. Choć entuzjaści nowej Polski twierdzą, że mamy całkowitą wolność, a cenzura nie istnieje, Stasio nagle stał się niewygodny. Zaczęło się od skandalu. Jego koncert podczas Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy przerwała policja. Mundurowi twierdzili, że w budynku jest bomba, ale bardziej prawdopodobne jest, że władzom nie podobało się to, co słyszą ze sceny, a tą bombą jest sam Stasio. Potem muzyk dostał nieformalny zakaz występowania w rodzinnym Zabrzu. Niby nic, ale jednak. Kontrowersje wzbudził wykorzystany przez niego fragment przeboju Louisa Armstronga „What A Wonderful World”. Kawałek, w którym zabrzmiała charakterystyczna chrypka amerykańskiego trębacza, Stasio przewrotnie zatytułował „Czarnuchu zapodawaj”. Oskarżono go o rasizm i plagiat. Szefowie wytwórni wystraszyli się nagonki, w efekcie czego Rozbujnik wylądował na półce. Ale, jak to często bywa w podobnych przypadkach, potwierdziło się powiedzenie, że owoc zakazany lepiej smakuje. Płyta stała się poszukiwanym rarytasem, można ją jeszcze kupić na Allegro.

Kieliszek i film

"Ja nie chcę już rymować, bo jestem w to dobry, chcę śpiewać, bo jestem w to słaby".
Taka deklaracja wiele mówi o kolejnej płycie Stasia pt. „Nie pożyczaj”, wydanej w 2003 roku. Nie zniechęcił się nagonką i przygotował krążek dojrzalszy od debiutu, zarówno muzycznie, jak i tekstowo. W swoim eklektyzmie przypomina on album Koli pt. Szemrany. Mamy tu już nie tylko mechaniczne sample, ale i żywe instrumenty oraz chórki. Stylowo to niezły misz-masz, od ciężkiego industrialu, przez funky, do pseudofolkowej ballady. Stasio nadal drwi z innych wykonawców, nie tylko hip-hopowych, i prowokuje mieszczuchów do chwili zastanowienia. Co ważne, nabija się też sam z siebie. Taka autoironia to rzadkość na krajowej scenie.

„Powiem szczerze, że jak Tupac Shakur nie oddałbym życia za RFM FM, ale głos na pewno”

Całość jest bardziej spójna, lepiej wyprodukowana, choć niektórzy twierdzą, ze tej płyty da się słuchać dopiero po paru głębszych. Wskazuje na to choćby okładka - prosty symbol kieliszka, zadziwiająco podobny do logo Teraz Polska.

„Ostatnio w Polsce wszystko oprócz moczu to gówno,
a ja i tak tu zostanę, świadom, że jestem rżnięty równo”


Ta bezkompromisowość w głoszeniu własnego zdania, niemal punkowa, spodobała się innym muzycznym buntownikom. Na płycie gościnnie wystąpili Maciek Maleńczuk, Tymon Tymański i Hrabia Fochmann.
Poza muzyką, Stasio intensywnie zajmował się filmem. Nakręcił kilka oryginalnych, niskobudżetowych teledysków do własnych utworów. W hicie z pierwszej płyty pt. "Jest Wporzo", na ekranie wystąpił gościnnie Dr Yry z El Dupa. Zabawny klip „Żona mnie bije” zdobył nagrodę w kategorii Cienki budżet na Yach Festiwal w 2003 roku. Wizualnej wersji doczekały się także utwory „Casino Reno”, „Nie przenośta” (skoczna parodia krakowskiego protest songu) oraz „RP3”.
W kwietniu zeszłego roku Stasio (już jako Stanisław Majda) zgłosił swój krótki film o długim tytule na Festiwal Kina Niezależnego i Amatorskiego we Wrocławiu. Niestety, „Życie Johna Poolmana w 4 minuty i 23 sekundy", mimo że zakwalifikowało się do konkursu, żadnych nagród nie zdobyło.

Wyklęci

Kpiarzy i błaznów ci u nas dostatek, nie tylko na scenie muzycznej. Stasio, Tymon, Kazik, Maleńczuk, wielokrotnie narażali się i krytyce, i stróżom moralności. Skiba, znany ze swoich ekscesów i prowokacji (choćby wypięcie nagiego tyłka podczas koncertu), też znalazł się w opozycji. Najnowszy krążek Big Cyca pt. „Moherowe berety”, od razu został wyklęty. Wiadomo, przez kogo i za co. Płyta, mimo zerowej promocji w mediach, w zawrotnym tempie stała się bestsellerem, sprzedając się w Polsce w nakładzie kilka razy przekraczającym poziom Złotej Płyty.
Oby tylko Stasio nie wyśpiewał sobie przyszłości…

„Mam ponad trzydziestkę i nikt mnie nie chce,
nawet, gdy ubieram do pubu tą fajną kieckę”

Stasio - Nie pożyczaj, 2003




sobota, 30 kwietnia 2011

Chujnia


Byłem kiedyś dziennikarzem muzycznym. Pisałem regularnie do Dozy Kultury na tlenie i sporadycznie do Jazz Forum. Poniżej jeden z tekstów do Dozy. Współpracę przerwałem po tym, jak po śmierci Marka Grechuty pan Jacek Pustoła odrzucił mój artykuł o nim pisząc, że Grechuta jest nudny.

Chujnia

Język rynsztoka wyniesiony do rangi sztuki? Mieszkańcy slumsów jako tragiczni bohaterowie piosenek? Alkohol świętym napojem? - Oto Leningrad.


Bandzior z przedmieścia


Wiktor „Sznur” Sznurow, lider petersburskiej kapeli Leningrad, z bluzgów uczynił środek artystycznego wyrazu. Muzycy z jego zespołu wyglądają na koncertach jak menele, a on sam – w brudnym dresie, z niechlujną brodą i obślinionym petem w ustach, przypomina skacowanego bezdomnego z metra, którego wypchnięto na siłę w światła reflektorów.

Sznurow otwarcie przyznaje się do alkoholizmu („nie pamiętam, kiedy byłem trzeźwy dłużej niż pięć dni”), występuje na rauszu, a w niechętnie udzielanych wywiadach nie przebiera w słowach. Przeklina jak szewc, miesza z błotem wszystkich i wszystko. Zasłynął tym, że pogonił Romana Abramowicza, właściciela londyńskiego klubu piłkarskiego Chelsea. Rosyjski milioner poszukiwał artysty, który skomponuje nowy hymn jego drużyny. Na swoje nieszczęście wybrał Leningrad. Sznurow - w typowym dla siebie stylu - zanim w ogóle zaczęli rozmowę powiedział, żeby Abramowicz poszedł w pizdu.

Petersburg dla Sznura to centrum wszechświata. Uwielbia to miasto, ale nie dla jego Ermitażu, ale brudu, szarości i zgnilizny. Tematów do swoich wulgarnych songów szuka w ciemnych zaułkach i tanich barach, o jakich śpiewał Janerka w "Strzeż się tych miejsc". Często śpiewa o kobietach, które dla niego wszystkie są sukami, o piciu na umór, życiu na marginesie, samotności i wszechobecnej śmierci.



Piraci XXI wieku

Sznur, zanim stał się bardem, był cieciem w domu dziecka, robotnikiem, studentem, pracował nawet w radio jako specjalista od public relations. Muzyką fascynował się od dziecka. Założył Ucho Van Gogha, jedną z pierwszych rosyjskich grup techno, potem grał hard core’a, by w końcu z kumplami od kieliszka założyć kapelę punkową.

Leningrad powstał w styczniu 1997 roku. Muzycy skrzyknęli się, jak przystało na punkowców, parę dni przed pierwszym występem. Sznur jeszcze wtedy nie śpiewał. Parę dni przed koncertem w Moskwie odszedł od nich wokalista i siłą rzeczy ktoś musiał przejąć mikrofon.

Styl grupy ewoluował, od prostego punka z elementami ska, do obecnej formy – miejskiego folku, zbrudzonego bluesem, swingiem i reggae. Muzycy przyznawali się otwarcie do kradzieży pomysłów i zagrywek (jedna z płyt nazywa się nawet „Piraci XXI wieku”). Jednak sama muzyka to tylko tło dla zachrypniętego, przepitego głosu Sznura. Niektórzy porównują go do Wysockiego, tak z racji barwy wokalu, jak i upodobania do mocnych trunków.

„Chujnia w tv, chujnia w teatrze, chujnia w gazetach, wszędzie chujnia”. Ten dodupizm, charakterystyczny dla rosyjskiej duszy, znajduje wyjątkowe zrozumienie wśród Rosjan, Zakochali się w Leningradzie, a miłość ta przybiera powoli znamiona kultu. Sznurow stał się ważną personą, a nawet personą niebezpieczną. Politycy wiedzą, jak silnym narzędziem może być muzyka. A przekaz Leningradu jest czytelny: polityka to gówno; politycy to kłamcy; nie wierzcie im, myślcie samodzielnie. Korzystajcie z życia, pijcie, pieprzcie się i miejcie wszystko w dupie.

W studiu z tygrysami

Leningrad, ze zrozumiałych względów, ma szlaban na występy w wielu klubach. Obsceniczny język i zachowanie lidera odstraszają wrażliwców, przyzwyczajonych do klasycznych piosenek o miłości, przyciągają jednak tych, którzy w muzyce szukają autentyczności i prawdy. Sznur nie owija w bawełnę, wali z grubej rury, co Rosjanom zawsze się podobało. Co jakiś czas nowy bard putinowskiej Rosji odwali jakiś numer, jak choćby wywalenie gołego dupska podczas wręczania nagród muzycznych, albo zbluzganie publiczności na koncercie. Takie zachowanie jednak tylko przysparza mu popularności.

Jak się okazuje, kontrowersyjny lider i jego dziwaczna kapela podbili serca nie tylko Rosjan. Niedawno ukazała się płyta Leningradu z gościnnym udziałem legendarnej londyńskiej kapeli The Tiger Lillies. Co łączy oba zespoły? Na pewno szok, jakie wzbudzają ich występy oraz tematyka tekstów. Anglicy sami budują swoją legendę, wpuszczając w maliny i fanów, i krytyków. Wymyślają niestworzone historie na własny temat, mieszając fikcję z prawdą. Świat, o jakim śpiewa The Tiger Lillies, to świat brudnych przedmieść, kalek, prostytutek i zboczeńców.

Leningrad porusza się w tych samych zaplutych zaułkach, nic więc dziwnego, że muzycy wpadli na siebie i postanowili coś razem zdziałać. Tak powstała płyta pod znamiennym tytułem „Chujnia”. Niewykluczone, że wcześniej obalili parę flaszek Stolicznej, ponarzekali na suki i polityków (co na jedno wychodzi) i na kacu weszli do studia.

Idealny występ

Teksty obu kapel przypominają nastrojem dokonania Bertolda Brechta i Toma Waitsa. Oni też nie stronili od ciemnych stron życia, nie tyle je gloryfikując, co próbując zrozumieć. Martyn Jacques, wokalista i lider Tygrysów, szczyci się ukończeniem kilku prestiżowych uczelni muzycznych i spędzeniem dzieciństwa w jednym z londyńskich burdeli. Ile w tym prawdy, trudno ocenić, ale reklama świetna. Na scenie występuje często w przebraniu clowna, śpiewając – niczym kastrat - irytującym falsetem i akompaniując sobie na akordeonie. Nie sposób przejść obojętnie obok tej muzyki. Jej prostota i oryginalność uderzają od pierwszych dźwięków.

Podobnie jest z Leningradem. Ich piosenki są proste, króciutkie (rzadko przekraczają trzy minuty) i bezpretensjonalne. W jakimś sensie przypominają dokonania Szwagierkolaski i Kazika, szczególnie z płyty Tata Kazika. Wydawałoby się, że to idealne utwory do puszczania w radiu. Niestety, poziom i częstotliwość przekleństw z miejsca dyskwalifikują je we wszystkich komercyjnych rozgłośniach. Może i dobrze.

Fani Leningradu wiedzą, jak powinien wyglądać idealny występ ich kapeli. Sznur wyjdzie na scenę i krzyknie: CHUJ!



Leningrad & The Tiger Lillies - Chujnia 



01. Суд - Sud - (Judgement) (originally "The Crack of Doom") – 3:10
02. Рвота - Rvota - (Vomit) (originally "Fish Heads") – 2:43
03. Хуйня - Huinya - (Bullshit) (originally "Crap") – 2:05
04. Водка - Vodka – 1:06 (performed by Leningrad and The Tiger Lillies)
05. Убийца - Ubiyca - (Murderer) (originally "Killer") – 3:56
06. В а" - V ad - (To Hell) (originally "Hell") – 2:22
07. Сука - Suka - (Bitch) - (originally "Bitch") – 3:13
08. Псих - Psikh - ("Psycho") – 1:49 (performed by The Tiger Lillies)
09. Алкаш - Alkash - (Alco) (originally "Swine") – 1:48
10. Твой мир - Tvoy mir - (Your World) - (originally "Your World") – 2:14
11. Слюни - Slyuni - (Drool) (originally "Dribble") – 2:30
12. В баре - V bare - (In the Bar) (originally "Bastard") – 3:11
13. Наше шоу - Nashe shou - (Our Show) (originally "The Cheapest Show") – 3:18
14. Алкаш 2 - Alkash 2 - (Alco 2) (bonus track)" – 1:48

http://rapidshare.com/files/162288855/Leningrad._.The.Tiger.Lillies.-.Huyniya.rar

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------

- Jak się pisze chuj? Przez ch czy samo h?
- Przez ch.
- Dlaczego?

- Bo wtedy jest dłuższy.

Total salsa


Niektórzy fotografowie wstawiają pod swoimi pracami linki do muzyki, która była dla nich inspiracją. Nie mogę tak zrobić, bo byłaby to ściema. Bywa, że pojedyncze zdjęcie obrabiam nawet klika dni, a nie ma tak długich płyt :)

Tło muzyczne, przy którym tworzę, nie wpływa jakoś znacząco na klimat powstającej pracy. W wielu przypadkach jest tak, że to, czego aktualnie słucham, nijak się ma to do tego, co powstaje w komputerze. Tak było i w tym przypadku. To praca sprzed kilku lat. Byłem wtedy na etapie salsy. Słuchałem jej obsesyjnie, nałogowo i bez opamiętania (a trwało to ponad 3 lata). Salsa długo ładowała mi akumulatory i wprawiała w dobry nastrój.

Widocznie tego potrzebowałem. A mam tak, że jak już w coś wsiąknę, nie mogę się uwolnić. W tym czasie żadna inna muzyka mnie nie interesowała. Czasami udało mi się odkryć jakąś interesującą nowość, ale szybko się nią nasycałem i wracałem do salsy.

Doszedłem do wniosku, że to muzyka totalna. Są gatunki, w których dominuje rytm, np. hip-hop, są takie, gdzie najważniejszy jest klimat, są też takie, w których chodzi głownie o agresję i wypierd. W salsie jest wszystko: rytm, melodia, trans, emocje, produkcja, solówki, świetne wokale. Aż trudno uwierzyć, że na Kubie - tym nękanym przez biedę i komunizm kraju - może powstawać tyle pięknej muzyki.

Przesłuchałem kilkaset, a może i ponad tysiąc płyt, głównie kubańskich, choć zdarzają się też świetne rzeczy i w innych krajach latynoskich, np. w Kolumbii. Mam swoich faworytów, takie krążki, które znam na pamięć i do których co jakiś czas wracam, z prawdziwym sentymentem. Wiem, jaki dźwięk będzie na początku następnego utworu, pamiętam prawie wszystkie solówki (coś, czego zajebiście zazdrości mi mój kumpel, gitarzysta). Poniżej link do jednej z nich.

Afro-Cuban All Stars - "A Toda Cuba Le Gusta" 1997




01. Amor Verdadero 6:38
02. Alto Songo 6:46
03. Habana del Este 6:39
04. A Toda Cuba le Gusta 5:48
05. Fiesta de la Rumba 5:53
06. Los Sitio' Asere 5:20
07. Pío Mentiroso 4:37
08. Maria Caracoles 4:48
09. Clasiqueando con Rubén 5:12
10. Elube Chango 4:02

http://rapidshare.com/files/288425533/1997.Afr0Cuban.AS.AT0daCuba.LeGusta.rar

hasło: free4downloads

Mógłbym tu wrzucić linki do conajmniej kilkudziesięciu świetnych płytek, ale to się mija z celem. Jak ktoś poczuje bluesa (a raczej salsę), sam poszuka...

Klątwa z San Remo



Obiecałem Sylwii, (mającej moje nazwisko, ale nie będącej moją rodziną :-)), że napiszę coś o ostatniej Anathemie. Słuchając jej wielokrotnie, wysmażyłem ten obrazek. 

 
Według Wikipedii, anatema to słowo oznaczające klątwę. W pierwszych wiekach chrześcijaństwa tym terminem określano wykluczenie osób ze społeczności wierzących. Później używano jej w odniesieniu do herezji.
 

Pamiętam Anathemę sprzed kilkunastu lat. Wtedy jakoś specjalnie mnie nie kręciła. Brakowało w niej jakiegoś elementu, który by mną szarpnął na tyle, żebym został tak wielkim fanem, jak niektórzy moi kumple. Może była zbyt ckliwa, może wokalista za mało charyzmatyczny, może produkcja nie taka, jak lubię... Nie zastanawiałem się nad tym. Znałem brzmienie, ale nie kojarzyłem poszczególnych kawałków. Z tytułami płyt to już inna sprawa - pamiętam nawet te, których nie lubię. 
 
Moja wiedza na temat Anathemy kończyła się na płycie "A Fine Day to Exit" z 2001 roku. Nie wiedziałem, że rok później nagrali "A Natural Disaster", a w 2008 "Hindsight". Teraz to wiem, a wszystko to zasługa najnowszego albumu. Trafiłem na niego przez przypadek, szukając zupełnie innej płyty. Ściągnąłem i już od pierwszych dźwięków poczułem, że kroi się coś naprawdę niezłego. Świetne, melodyjne kompozycje, klarowna produkcja, rockowy pazur - to wszystko spowodowało, że jak tylko płyta się skończyła, włączyłem ją ponownie. I tak parę razy w ciągu kilku dni.

 
Jest w tej muzyce jakiś dramat, jakieś nieokreślone pragnienie, tęsknota, którą od razu się wyczuwa i lubi. Do tego świetne operowanie nastrojem i dynamiką, przejmujące wokale i dobre partie gitar. Zwraca uwagę wysmakowane i nienachalne użycie klawiszy, które - kiedy trzeba - podkreślają klimat, kiedy indziej urozmaicają brzmienie i fakturę utworów. Słychać to szczególnie w przepięknym trzecim kawałku "Dreaming Light", który zaczyna się jak song z San Remo, po czym nagle przeradza się w poruszającą balladę ze smykami w tle i zajebistą partią gitary przeplatającą się z czystym wokalem.
 

Domyślam się, że ortodoksi, dla których Anathema to jeden z prekursorów doom metalu, wybrzydzają i kręcą nosami na taką nieoczekiwaną woltę ich zespołu. Bo brzmi miejscami jak U2, nie ma przesterowanych gitar i darcia papy, do tego same teksty o miłości. 
 
"We're Here Because We're Here" to prawdziwa kolekcja perełek. Krążek nie ma słabych momentów, sprawia wrażenie dopracowanej, zamkniętej całości, niczym koncept-album. Dla mnie jedno z milszych zaskoczeń ostatnich miesięcy. Naprawdę, kawał pięknej muzy, która prześladuje i zniewala, każąc do siebie wracać.


Anathema - We're Here Because We're Here 2010



01. Thin Air - 5:59
02. Summernight Horizon - 4:12
03. Dreaming Light - 5:47
04. Everything - 5:05
05. Angels Walk Among Us - 5:17
06. Presence - 2:58
07. A Simple Mistake - 8:14
08. Get Off Get Out - 5:01
09. Universal - 7:19
10. Hindsight - 8:10



http://megaupload.com/?d=F3RZBM98