wtorek, 13 grudnia 2011

Oceansize


Australia mnie lubi.
Zdecydowanie.
Ja też lubię Australię, w sumie...

Na australijskim Red Bubble, molochu nie do ogarnięcia (zdjęcia, grafiki, t-shirty, mydło, powidło, pachnidło), sprzedałem właśnie kalendarz z trzynastoma swoimi czarno-białymi fotomanipulacjami. Niby nic, a cieszy. Wybrałem ulubione, głównie ze szczudlarzami, ale z myślą, że sam kupię i powieszę na ścianie w kuchni.

Fajnie to zorganizowali, bo można sobie samemu skompletować ilustracje poszczególnych miesięcy z prac, które się wystawiło. Do tej pory wrzuciłem tam ponad 100 zdjęć. Byłoby ich pewnie więcej, ale trzeba wstawiać duże pliki, a nie zawsze mam na to czas i nie zawsze też mi się chce.

Ślęczałem nad wyborem ponad godzinę (łatwo nie było), złożyłem zamówienie, ale nie kupiłem, bo nie miałem wtedy kasy. No i tak tygodnie mijają, a ja nadal się zastanawiam, czy jest sens płacić za własne prace. Nie są to co prawda wielkie pieniądze, w przeliczeniu na nasze trochę ponad stówę, chyba jednak będę wolał wydać je na inne przyjemności.

W zeszłym roku napisała do mnie pewna Australijka, której niezwykle spodobało się zdjęcie stópki naszej Niny. Do tego stopnia, że zdecydowała się wydać kilkaset dolarów na duży wydruk, który wisi teraz w pokoju jej córki. Jak pisałem, Australia mnie lubi.

Kilka miesięcy temu miałem publikację w kanadyjskim miesięczniku "Adore Noir" poświęconym - jak sama nazwa wskazuje - fotografii czarno-białej. Było zdjęcie na okładce (widoczne u góry), było kilkanaście prac w środku, był też nawet dość wyczerpujący wywiad. Nie spodziewałem się po tym jakiegoś szczególnego odzewu, tymczasem efekty pokazania się w gazecie przeszły moje najśmielsze oczekiwania. Sprzedałem dwa duże printy do Stanów, później jeden do Kanady, a właśnie przed chwilą wróciłem ze Słupska, skąd wysłałem cztery średnie kwadraty do Australii. Kto by pomyślał?

Muzycznie nie będzie niestety australijsko, bo jedyne co mi przychodzi do głowy, to AC/DC. Ewentualnie Be'lakor, ale już go tu udostępniałem. Jak tylko ukaże się ich nowa płyta, na pewno nie omieszkam o niej wspomnieć, a póki co moja ostatnia obsesja - Oceansize. Myślałem, że to mało znany zespół, ale po tym jak wrzuciłem na FB linka z ich teledyskiem, zmieniłem zdanie. Kawał dobrego, rockowego grania.

Oceansize - Everyone into Position (2005)


Oceansize - Everyone into Position 2005 part1
Oceansize - Everyone into Position 2005 part2

piątek, 9 grudnia 2011

Egipskie ciemności


Kilka miesięcy temu dostałem prywatną wiadomość na Facebooku. Nadawcą był niejaki Ayman Lofty, który przedstawił się jako egipski fotograf organizujący na początku przyszłego roku międzynarodową wystawę fotograficzną. Podziękował, że raczyłem go dodać do znajomych i wyraził zachwyt nad moimi pracami, po czym przeszedł do meritum. Zaprosił mnie mianowicie do udziału w tym przedsięwzięciu. Nie zdradził na razie żadnych szczegółów, ale gdybym był zainteresowany, to oczywiście chętnie się nimi podzieli.

Z początku dosyć sceptycznie odnosiłem się do tego pomysłu. Co prawda niewiele wysiłku miałoby mnie to kosztować, bo jedynym moim zadaniem było przesłanie na jego maila cyfrowych plików, od 6 do 10. Ayman obiecał, że zajmie się resztą, czyli przygotowaniem folderu reklamowego i wydrukiem prac. Wspomniał też, że egipskie Ministerstwo Kultury zamierza objąć projekt swoim patronatem. Grubo, nie ma co.

Nie odzywał się dobre kilka miesięcy. Wysłałem mu wcześniej swoją krótką notkę biograficzną; odebrał ją, podziękował i na tym stanęło. Widziałem, że zagląda na FB, wrzuca swoje zdjęcia i komentuje zdjęcia innych, ale mnie jakoś omijał szerokim łukiem. Byłem przekonany, że pomysł wystawy spalił na panewce.

Często tak bywa, że ludzie mają zapał i pomysły, ale okoliczności nie sprzyjają. A to nie ma funduszy, a to wycofał się sponsor, a to ktoś się rozchorował itd. itp. Tymczasem przedwczoraj Ayman przesłał mi ksero urzędowego dokumentu z arabskimi krzaczkami w nagłówku, z którego wynika (już po angielsku), że jest zgoda, jest akceptacja, jest nawet patronat!

Podpisał się minister, Ayman (który będzie kuratorem wystawy) oraz dyrektor El Gezira Art Center, w którym odbędzie się wystawa. Swój udział zapowiedziało w niej ośmiu fotografów. Żeby nie być gołosłownym, oto oni: Clint Clemens - USA, Andrea Juan - Argentyna, Kevin Casha - Malta, Joe Smith - Malta, Manolis Metzakis - Grecja, Arne Grimstad - Norwegia, Dariusz Klimczak - Polska oraz Ayman Lotfy - Egipt.

Poszperałem trochę w necie i wychodzi na to, że znalazłem się w doborowym towarzystwie. Różnorodność jest ogromna, każdy z nas eksploruje zupełnie inne światy, zaś wspólnym mianownikiem jest to, że wszyscy wiedzą, co w trawie piszczy. Nic, tylko się cieszyć.

Wysłałem dzisiaj 6 zdjęć z serii ze szczudlarzami. Trochę to zajęło, bo wydruki mają mieć metr na metr, trzeba więc było przygotować duże pliki o dobrej jakości. Ciekaw jestem, jaki będzie odzew tego wydarzenia. Otwarcie planowane jest na 1 lutego 2012, wystawa powisi w Art Center dwa tygodnie. Raczej nie wybiorę się na wernisaż, chociaż, kto wie...

Skoro o Egipcie mowa, nie wypada zilustrować tego inaczej, jak egipskim death metalem. Tak, tak, tam też pogrywają, i to całkiem srogo. Poniżej link do ściągnięcia:
 Eternal Grey - Your Gods, My Enemies [2010]

Eternal Gray - Your Gods, My Enemies, 2010 (87 MB, 320 kbps)

poniedziałek, 5 grudnia 2011

Climax Indigo



Zanim zająłem się na dobre fotomanipulacjami, robiłem wiele innych rzeczy. Niektórych się wstydzę, z innych jestem dumny. Byłem dekoratorem, sprzedawcą, dziennikarzem, a nawet przez krótki czas listonoszem. Grałem też na perkusji w paru zespołach muzycznych.

Ostatni z nich, Funk Loop, przestał istnieć ponad 10 lat temu z przyczyn do dzisiaj dla mnie niejasnych. Bawiliśmy się świetnie, zagraliśmy parę udanych koncertów, nagraliśmy nawet studyjny materiał. Przyjdzie czas na upublicznienie tych nagrań, zrobionych na setkę (na żywo, ale w studio, bez dogrywek i poprawek) w Wojewódzkim Domu Kultury w Sieradzu, pod okiem nieocenionego Zbyszka Godlewskiego.


Muzyka towarzyszy mi od wczesnej młodości, nie ma dnia, żebym czegoś nie słuchał. Ciągle poszukuję nowych doznań, eksploruję nowe terytoria. Lubię bluesa, jazz, death metal, salsę, Bacha i Behemotha, Zappę i Nosowską.

Żałuję, że nie potrafię grać na żadnym harmonicznym instrumencie. Nawet moja gra na bębnach pozostawia wiele do życzenia. Jestem samoukiem. Od dziecka ciągle stukałem, co doprowadzało do szału moich rodziców. Pierwszy raz usiadłem za perkusją w wieku 18 lat. Nieporadne to było granie, prymitywne, ale za plus muszę uznać, że nigdy nie miałem problemu z trzymaniem rytmu, czego nie można powiedzieć o wielu perkusistach. W swojej powiedzmy to karierze grałem reggae (!), bluesa, rocka, funky, a nawet jazz-rock.

W Funk Loopie wymieszały się wszystkie te elementy. Spotkaliśmy się z zamiarem grania funky, jak sama nazwa wskazuje, szybko jednak okazało się na próbach, że samo funky to za mało. Każdy z nas słuchał czego innego i inne miał oczekiwania co do grania zespołowego. W efekcie wypracowaliśmy jakoś kompromis - zero ograniczeń formalnych, pełen spontan, a co z tego wyjdzie, zobaczymy. No i wyszła prawdziwa hybryda, trudna nawet dzisiaj - po ponad dziesięciu latach - do sklasyfikowania. W dużej mierze instrumentalna, choć zdarzyło się parę "piosenek" do których - wstyd się przyznać - napisałem teksty. Granica między grafomaństwem a natchnioną poezją jest bardzo wąska, nie wiem czy czasami jej nie przekroczyłem.
Żałuję dzisiaj bardzo, że ta kapela nie przetrwała, ale przecież zawsze jest możliwość ponownego spotkania.

Zmierzam nieuchronnie do tego, że po rozpadzie zespołu zacząłem robić muzykę na komputerze. Wykorzystywałem żywe dźwięki, generowane u mnie w domu przez zapraszanych co jakiś czas kumpli-muzyków. A to wpadł Sokół i nagrał mi 6 giga partii basowych do moich podkładów, a to Bibas wyciął kilkadziesiąt kosmicznych solówek na gitarze, a to Mały pobluesował przez weekend na fenderze. Na tej bazie układałem muzyczne puzzle, okraszając całość samplami z najróżniejszych klimatów, od ambientu po black metal.

Parę lat siedziałem nad projektem, który nazwałem Climax Indigo. Powstało w tym czasie ponad 20 kawałków, głównie instrumentalnych. Mrocznych, z połamanymi rytmami, prywatnie określam ich styl jako bad trip-hop. Ostało się 12, i tyle umieściłem w pierwszej edycji płyty, jednak po paru latach wyrzuciłem dwa z nich, bo nie spełniały już moich standardów (nie wytrzymały próby czasu).

Jestem dumny z tego projektu, kosztował mnie naprawdę wiele pracy. Ciekaw jestem Twojej opinii.

Cały album do pobrania tutaj:

Climax Indigo - Frimagination [2004]

poniedziałek, 28 listopada 2011

666

Mam ponad 600 prac (powiedzmy, że 666), których nie muszę się wstydzić. Takich, które bez żenady mogę pokazać, czy to na facebooku, czy na wystawie. Przeważają czarno-białe, gdzieś w dwóch trzecich, jakoś nie mogę się przekonać do koloru. Trzymam się zasady "jedno zdjęcie dziennie". Wierzę w pracę, chyba w poprzednim wcieleniu byłem amerykańskim protestantem, jakimś pracoholicznym WASP-em z Chicago. Nie ma innego sposobu, trzeba rzeźbić, choćby się nie miało ochoty ani inwencji.

Codziennie robię coś ze zdjęciami. Zdaje się, że Avedon miał podobne podejście, jak nie gmerał w czymś związanym z fotografią, był chory.

Wygląda to tak: przeglądam najnowsze fotki, szukając jakiegoś punktu zaczepienia. Najczęściej są to pejzaże, albo dzikie, z wydm lub nad morza, albo miejskie. W mieście szukam rytmu, w naturze szukam faktur. Idealnie jest, kiedy uda mi się upolować oba te elementy (zdarzyło się parę razy). Fotograficznie miasto mnie przerasta, za dużo bodźców oferuje, nie wiem, na czym mam się skupić. Długo trwa, zanim się opanuję i zacznę szukać motywów. Nauczyłem się na nic nie nastawiać, bo to najczęściej okazuje się rozczarowaniem.

Dwa tygodnie temu ustawiłem się ze Żmiją, starym kumplem z Sieradza, tatuatorem (wicemistrz Europy), w Gdańsku. Przeprowadził się tam niedawno, razem z siostrą otworzyli studio. Wybierałem się do niego i jakoś nie moglem wybrać, aż w końcu powiedziałem sobie: kurde, jak nie teraz, to kiedy? No i - nawiązując do tego nastawiania się - przygotowany byłem psychicznie na zdjęcia z wodą, długoczasowe, ze statywem i filtrami. Bo Gdańsk, bo morze, bo woda, bo nie wiem co.

Nic z tego nie wyszło. Światła nie było, a bez światła można zapomnieć o zdjęciach. Snułem się z aparatem po Starówce, wkurwiony, że nici z moich ambitnych planów, aż w końcu się opamiętałem i zacząłem przyglądać miastu. A miasto, akurat to miasto, ma naprawdę dużo do zaoferowania. Nie wiadomo kiedy zrobiłem kilkadziesiąt zdjęć zabytkowych drzwi, okien i rzeźb, wręcz stworzonych do tego, żeby je jakoś kreatywnie wykorzystać. Niedługo będę pokazywał owoce mojej pracy z gdańskimi archiwaliami, to nie ulega wątpliwości.

Żmija zaprowadził mnie w takie zakamary, których - jako zwykły turysta - w życiu bym sam nie odkrył. Już się stęskniłem za Gdańskiem. U góry pierwsza próbka - szczudlarz z prowincjonalnego przedstawienia we wsi Jasień (pomorskie), brutalnie wyrwany z kontekstu i osadzony w zupełnie innej scenerii, na tle zabytkowej bramy z gdańskiej Starówki. Na jednym z zagranicznych portali zaprosili mnie z tym zdjęciem do grupy "Street Photo", co poczytuję sobie za największy komplement.

Za muzyczne tło niech posłuży dobry stary black metal:

Rev 16-8 - Ashlands (2011)
REV 16-8 - Ashlands

niedziela, 27 listopada 2011

Ekshibicjonista


Tydzień minął od otwarcia mojej wspólnej wystawy z Saroltą Ban, wypadałoby to jakoś podsumować. Zaczęło się od maila. Napisał do mnie niejaki Jarosław Napora, że ma sprawę i prosi o podanie numeru telefonu, bo chciałby o niej porozmawiać. Zaznaczył, że chodzi o zdjęcia. Podałem, aczkolwiek z pewnymi oporami. Zadzwonił po kilku dniach. Okazało się, że jest właścicielem prywatnej galerii w Kaliszu i chciałby w niej sprzedawać moje prace. Byłbym pierwszym fotografem, któremu to zaproponował. Poczułem się wyróżniony, zgodziłem się chętnie, tym bardziej że rozmowa przebiegła w bardzo miłej atmosferze.

Pojechałem do tego Kalisza, choć to kawał drogi. Ustaliliśmy wcześniej, że przygotuję w Słupsku kilka wielkoformatowych wydruków, na które pan Napora będzie miał wyłączność. Zabrałem ze sobą prace, wsiadłem w samochód i wyruszyłem w drogę przez pół Polski.

Mówi się, że pierwsze wrażenie jest najważniejsze. Coś w tym musi być, bo w przypadku Naporów (poznałem też żonę Jarka, Brygidę) pierwsze wrażenie mnie nie zawiodło. Przywitali mnie jak członka rodziny. Od razu przeszliśmy na ty, gadaliśmy bez opamiętania parę godzin. Jarek zabrał mnie do pobliskiej cukierni na kawę i ciastko, a Brygida w tym czasie przygotowywała dokumenty dotyczące naszej przyszłej współpracy. Plany mieli ambitniejsze niż się spodziewałem. Powieszenie kilku moich prac to miał być dopiero początek, w najbliższej przyszłości myśleli o zorganizowaniu wystawy indywidualnej Dariusza Klimczaka.

Galeria to nowoczesny, niedawno wybudowany budyneczek w samym centrum miasta, kilkadziesiąt metrów od głównej ulicy, więc punkt świetny. Wrażenie zrobił na mnie wielki billboard na pobliskim skrzyżowaniu, który reklamował galerię. Widać, że podchodzą do sprawy poważnie. Miejsca wewnątrz może nie jest zbyt dużo, ale zaaranżowane jest praktycznie i ze smakiem. Wielkie szyby frontowe reklamują co ciekawsze eksponaty, a w środku sączy się cichutko delikatny jazzik. Słowem: wtopy nie ma.

Miałem okazję poobserwować przy okazji tej pierwszej wizyty ludzi, jacy tam zaglądają: wielu znajomych, przyjaciół, rodzina, interesanci. Jarek, prócz tego że sam maluje, zajmuje się również oprawianiem obrazów, więc co jakiś czas w galerii zjawiał się ktoś poszukujący ramy, a to do jakiejś akwarelki, a to do starego obrazka odziadziczonego w spadku po babci, a to do nowoczesnego płótna kupionego od jakiegoś lokalnego artysty. Ruch był większy niż można się było spodziewać po tego rodzaju przybytku, ale to dobrze, dla mnie również.

Pierwsza z moich prac, "Twins" (kobieta w białej sukni, na szczudłach, trzyma dwoje balansujących na tyczce dzieci), sprzedała się chyba po tygodniu. Rzadko nowa współpraca przebiega tak miło i owocnie, więc byłem pełen dobrej myśli. Ustaliliśmy, że wystawę zrobimy po wakacjach. Naporowie zamierzali wyjechać na dwa miesiące do Włoch. Galeria byłaby w tym czasie zamknięta. Podobało mi się, że Jarek wyznaje dewizę "nic na siłę". Też nie lubię pośpiechu, stresu i zbytniego ciśnienia. Przygotowania do wystawy trwały na dobrą sprawę kilka miesięcy. Jarek miał zorganizować media, zaprosić ewentualnych nabywców, przygotować reklamy w prasie i telewizji, moim zadaniem było zaprojektowanie folderu reklamowego.

Któregoś dnia, przeglądając zdjęcia na Flickrze, zobaczyłem nową pracę Sarolty Ban. Byłem jej wielkim fanem od paru lat i w jakimś szalonym impulsie pomyślałem: kurde, ale zajebiście byłoby zrobić wspólną wystawę! Niewiele myśląc znalazłem jej stronę, namierzyłem maila i skrobnąłem krótką wiadomość, taką tylko, żeby wysondować, czy jest zainteresowanie tematem. Odpisała jeszcze tego samego dnia, że świetnie, że ma rodzinę w Polsce, że bardzo się cieszy i chętnie weźmie w tym udział.

Sprawy nabrały rozpędu. Zadzwoniłem do Jarka z tą zaskakującą nowiną, ale - jak mogłem się spodziewać - zareagował na nią pozytywnie. Trochę było w związku z tym zamieszania logistycznego, nie wiedzieliśmy, jaki wariant wybrać, czy drukować prace w Polsce, czy czekać na jej printy, ale sprawa szybko się wyjaśniła. Następnego maila dostałem już od menadżera Sarolty, Andrasa Nemesa, który stwierdził krótko, że od teraz on przejmuje sprawę w swoje ręce. Sarolta drukuje od lat w Budapeszcie, prześle nam zdjęcia w przyszłym tygodniu.

Niestety, choć liczyłem na to, że ją poznam, nie przyjechała na otwarcie. Andras prosił o udokumentowanie wernisażu, co też uczyniliśmy, zarówno w postaci zdjęć, jak i krótkiego filmu z kamery cyfrowej. Mimo sobotniego wieczoru (początek był o 18.00), zjawiło się ponad 40 osób, co trzeba uznać za sukces. Zrobiłem pokaz multimedialny 100 czarno-białych zdjęć, z muzycznym podkładem Dead Can Dance. Tak się spodobał, że musiałem go powtórzyć. Na otwarciu zjawił się m.in. doktor z organizacji "Lekarze Bez Granic", pracujący w Afryce, a mieszkający w Małopolsce. Przyjechał specjalnie na wernisaż, mało tego, kupił jedną z prac - "Akrobatów" (na zdjęciu u góry).

Nie chcieli mnie wypuścić. Siedzieliśmy w kameralnym gronie, zajadaliśmy smaczne kanapki i dyskutowaliśmy zażarcie, mało o sztuce, bardziej o Polakach i polskości jako takiej. Gdyby nie telefon od przyjaciół z Sieradza, pewnie zostałbym w Kaliszu do rana.

Do pokazu wybrałem dwa długie kawłki DCD z płyty "Spiritchaser". Całość do posłuchania tutaj:

Dead Can Dance - Spiritchaser, 1996

DCD - Spiritchaser - part1
DCD -Spiritchaser - part2

wtorek, 15 listopada 2011

Transformacja


Spiętrzenie mam ostatnio straszne. Telefony, maile (do tego masa zagranicznych), znowu telefony, a tu jeszcze trzeba wykroić czas, żeby zdjęcia obrabiać. Jak by tego było mało, Nina się rozchorowała...

Jakiś wariacki czas, ale przyniósł też dużo dobrego. W zeszły piątek dostałem przesyłkę z Anglii, a w środku album "Altered Images, New Visionaries in 21st Cetury Photography" z pięcioma moimi zdjęciami. Z tym albumem to w ogóle była jazda. Napisał do mnie koleś, który wypatrzył moje prace na Flickrze. Twierdził, że jest wydawcą i planuje właśnie wypuszczenie na rynek albumu z nowymi fotomanipulacjami. Skompletował grupę 50 fotografów z całego świata i prosi o przesłanie kilkunastu moich zdjęć w dużej rozdzielczości, żeby móc dokonać wyboru.

No dobra, fajnie, szacun i prestiż, tylko jak chwilę o tym pomyślałem, nabrałem poważnych podejrzeń. Kto to w ogóle jest? W mailu podpisuje się inaczej niż na Flickrze, zdjęcia robi kiepskie, a jak spytałem o honorarium, zaczął coś kręcić. Normalną sprawą jest, że jak ktoś publikuje twoje zdjęcia, powinien ci za to zapłacić. Tymczasem, z tego co odpowiedział, nie płaci innym (wspomniał O Karezie, który już się zgodził), a ze swojej strony oferuje promocję na całym świecie, co też ma swoje znaczenie bla bla bla.

Chuj tam, machnąłem ręką i wysłałem mu te zdjęcia. Byłem prawie pewien, że mnie wykolegował, tym bardziej, że spotkałem się wcześniej z podobną historią. Jakiś facio podszywający się pod organizatora międzynarodowej wystawy fotograficznej mailował do ludzi, żeby mu przysyłali foty, po czym słuch o nim zaginął. Nie odpowiadał na maile, nie mówiąc o tym, że wystawa była fikcją.

Minęło parę miesięcy i nagle dostaję maila, że album już jest w druku, a premierę będzie miał prawdopodobnie pod koniec października. No fajnie, nic tylko czekać. Jakieś dwa tygodnie temu widzę na facebooku, że Konrad Banszkiewicz, znany mi dotąd jako Konrad B z Deviantarta, otrzymał właśnie przesyłkę z albumem. Tym samym, na który ja czekam. Zrobiło się ciekawie.

Jak pisałem wcześniej, w zeszły piątek przyszedł. Twarda oprawa, format 26,5x26,5cm, na okładce kapitalny montaż Jorge Miguela Blazqueza przedstawiający potylicę faceta z rozpiętym zamkiem ekspresowym, pod którym widać czerwoną galaretę. Bardzo sugestywny obraz, dobrze nawiązujący do zawartości książki.

Polaków jest sześciu: ja, Konrad, Michał Karcz, Krzysztof Władyka, Wojciech Grzanka i Jarek Kubicki. Naprawdę, znalazłem się w doborowym towarzystwie. Reszta też daje radę, dużo Ruskich, paru Francuzów, ogólnie czad. Druk na dobrym poziomie, ale można mieć drobne zastrzeżenia do strony edytorskiej: porozstrzelane czcionki, podwójne spacje, takie tam drobiazgi, które nie umknęły oku memu.

Byłem przekonany, że album będzie można kupić tylko za granicą, tymczasem jest też dostępny w Polsce:
Altered Images 2011

Paradoksalnie, wzięło mnie ostatnio na bluesa. Smutny nie jestem, mam wręcz wiele powodów do radości, bo i ten album, i wystawa z Saroltą Ban w Kaliszu w najbliższą sobotę, i sprzedaż idzie nieźle, a tu blues. Przypomniałem sobie parę starych ulubionych płyt, ale zacząłem też szperać w necie za jakimiś ekscytującymi nowinkami. Tym sposobem trafiłem na pana o nazwisku Eric Gales. Czarny gitarzysta w średnim wieku, grający nowoczesnego blues-rocka. Bardzo sprawny technicznie, żeby nie powiedzieć wirtuoz, ze świetnym wyczuciem frazy i zawodowym brzmieniem. Przygodę z Galesem zacząłem od jego najnowszej płyty, Transformation. Dwie wcześniejsze też są kapitalne, ale - może przez sentyment - dzisiaj pokażę właśnie tę.

Eric Gales - Transformation (2011)
Eric Gales 2011

czwartek, 3 listopada 2011

Maestro


Lubię wirtuozów, w każdej dziedzinie. Wiem, ile pracy wymaga osiągnięcie biegłości, czy to w muzyce, czy w fotografii. Ile wyrzeczeń, rozczarowań i zwątpień. Zdaję sobie sprawę, że robiąc coś latami, dzień w dzień, czasem po kilkanaście godzin, w końcu odkryje się to "coś". Różnie to nazywają: styl, własny język, talent, mniejsza z tym. Tylko poprzez konsekwentną pracę osiąga się wirtuozerię, nie ma innej drogi.

Oczywiście, sama wirtuozeria to nie wszystko. Na przykład Chopin podobno nie był wirtuozem, często się mylił, nie dawał rady trudniejszym pasażom, jednak nadrabiał czym innym - sercem. Dlatego jego gry słuchało się z zapartym tchem. Chciałbym usłyszeć w jego wykonaniu któryś z nokturnów...

Jeśli za maestrią techniczną nie kryje się coś więcej, jakieś głębsze dno, mamy do czynienia co najwyżej ze zdolnym rzemieślnikiem. Wielu muzyków klasycznych należy do tej kategorii. Są w stanie zagrać z nut praktycznie wszystko, gorzej, kiedy przyjdzie do improwizowania. Kiedy nie mają przed nosem partytury, są bezradni.

W fotografii rzecz wygląda chyba podobnie. Jest wielu uzdolnionych rzemieślników, którzy kwestie techniczne mają w jednym palcu, niestety nie rozwinęli w sobie ducha potrzebnego do tego, by w swoich zdjęciach pokazać coś więcej niż oferuje sama rzeczywistość. Ładny widoczek to trochę za mało, podobnie powyginana laska z cyckami na wierzchu. Pisałem już o tym wcześniej.

Łatwość zrobienia zdjęcia jest obecnie tak duża, że aby zaistnieć (nie lubię tego słowa) trzeba naprawdę zaproponować coś od siebie. Coś wewnętrznego, duchowego, podpartego rzecz jasna znajomością techniki. Wydaje mi się, że prawdziwy kunszt objawia się dopiero w zestawieniu tych dwóch elementów. Koncepcja i techniczna maestria. Jak jest tylko pomysł, a nie ma techniki, mamy kupę. Jak jest technika, ale nie ma pomysłu, mamy tylko rzemiosło.

Uwielbiam Keitha Jarretta, bo poświęcił się swojej pasji bez reszty. On żyje muzyką, jest nią. Gra tak, że zapomina się o tym, że to młoteczki uderzają w struny fortepianu. To prawdziwy wirtuoz, bez dwóch zdań. Artysta. Słuchając go - najchętniej w trio z Peacockiem i DeJohnette'm - czuję się normalnie dumny z tego, że jestem człowiekiem. Zatracam się w tej lawinie dźwięków, czasem zapominam, że płyta leci już drugi albo trzeci raz.

Każdy z tych muzyków jest wirtuozem, choć w innym względzie. Jarrett to maestro, duch sprawczy, kosmita. DeJohnette to precyzyjna maszyna wyposażona we wrażliwość. Oczywiście technicznie są lepsi bębniarze od niego, ale - jak w przypadku Chopina - nie to jest ważne. Peacock z tej trójki jest najsłabszy, choć bez niego to trio nie byłoby tym, czy jest, czyli jednym z najlepszych jazzowych tercetów wszechczasów.
No to miłego słuchania:

Keith Jarrett Trio - Yesterdays 2009

Keith_Jarrett_Trio_-_Yesterdays__2009.rar